Dawno mnie tu nie było, dawno… Ale to nie znaczy, że nie działałem — i w świecie realnym i w tym wirtualnym. I właśnie o takim wirtualnym projekcie, nad którym sobie od jakiegoś czasu pracuję, chcę dziś opowiedzieć.

Tyle się mówiło o tym, jak idealnym środowiskiem dla społeczności jest Internet. Nadal się o tym mówi. W końcu społeczność to kluczowe słowo w świecie Web2.0 i tym podobnych wynalazków. Zastanawia mnie jednak, jak niewiele istnieje społeczności naukowców. To dość indywidualistyczna kasta, która zwykle preferuje działania w podgrupach, klikach i kręgach, ale… mimo wszystko to dziwne. Z tego poczucia dziwności wyrósł projekt e-Polis.

E-Polis ma być z założenia wspólnotą medioznawców. Wspólnotą ludzi, którzy zawodowo zajmują się problematyką mediów, niezależnie od tego jakiej są naukowej prowieniencji. Socjologowie, kulturoznawcy, antropologowie, filozofowie, historycy, i wielu, wielu innych — wszyscy oni mają przecież coś wartościowego do dodania. A ze współpracą trudno. Poza interdyscyplinarnymi konferencjami, wciąż dzieje się mniej, niż mogłoby się dziać. Być może przyczyną takiej sytuacji jest brak odpowiedniej płaszczyny porozumienia. E-Polis ma się stać taką właśnie płaszczyzną.

Mówimy tu o stronie internetowej, które pozwala na dyskusję, współtworzenie treści, i tym podobne. Typowe web2.0. Jedyna różnica w porównaniu z innymi serwisami jest taka, że wszystko jest projektowane tak, by ułatwić pracę naukowcom. Tu wymiana informacji jest niezwykle istotna.

Tak wiele książek wydaje się na świecie. Nikt wszystkich nie kupi, nikt wszystkich nie przeczyta. Ale może moglibyśmy się podzielić tymi, które znamy i uważamy za wartościowe. A może i wymienić się tymi drogimi, rzadkimi księgami sprowadzanymi zza oceanu.

Wszyscy coś piszemy i publikujemy, ale dostęp do tych tekstów jest czasem trudny. W morzu czasopism, znikają małe artykuły. Dlaczego by nie dać im zaistnieć w Sieci, nie pokazać ich innym medioznawcom. Udostępnić na stronie, lub choć podać dane bibliograficzne, dzięki którym inni dowiedzą się, że taka publikacja w ogóle istnieje.

Wszyscy uwielbiamy konferencje i te wspaniałe bankiety. Ale wieść o wielu organizowanych imprezach nie dociera do wszystkich zainteresowanych. Może by zatem stworzyć jedną, wspólną bazę medioznawczych konferencji.

Możliwości jest wiele, a odpowiednie narzędzia to ułatwiają. E-Polis może to wszystko ułatwić, a i drogi rozwoju są przecież szerokie. Przygotowałem szkielet infrastruktury. Praca wciąż jest na wstępnym etapie, ale jestem gotów wpuścić tam pierwszych gości. Ze względu na to, że wszystko jest jeszcze w fazie testów, tymczasem dostęp będzie ograniczony. Nie ma możliwości automatycznego zapisania się. Dlatego też wszystkich, którzy byliby zainteresowani zaistnieniem w granicach takiego projektu jak e-Polis, proszę o kontakt. Tu w komentarzach, albo pocztą elektroniczną.

Do wirtualnego zobaczenia.

Matka Natura zaczyna tracić cierpliwość. Od lat zaspokaja nasze potrzeby, karmi nas, zapewnia przestrzeń do życia i mieszkania, a także wypłaca kieszonkowe. Dostarcza nam ogromnych ilości zasobów naturalnych i pozwala korzystać z nich w dowolny sposób. Niektórych substancji — takich jak złoto czy srebro — używamy, wmawiając sobie, że są niezwykle ważne i cenne. Ta wiara pozwala nam czerpać sporo radości z zabawy w kolekcjonowanie i wymianę. Dla innych materiałów — takich jak żelazo czy krzem — znajdujemy bardziej praktyczne zastosowania, budując z nich domy lub nasze ukochane maszyny. Innych wreszcie — takich jak węgiel, gaz ziemny czy ropa naftowa — używamy jako źródeł energii, by ogrzewać nasz świat, rozświetlać go i zasilać konstruowane przez nas urządzenia. Ale wiele wskazuje na to, że Matka Natura z jakiegoś sobie tylko znanego powodu uznała, że dorośliśmy i czas odebrać nam kieszonkowe.

Nie powinno to być dla nas niespodzianką, skoro od wielu lat wiemy, że jej zasoby są skończone. Wcześniej lub później musiały się wyczerpać. Nie od dziś fanatycy i ekolodzy nawołują do opamiętania i oszczędności. Podstawowa wiedza ekonomiczna pozwala przewidzieć, że skoro kieszonkowe tylko konsumujemy, wkrótce nie zostanie z niego nic. A i oszczędzanie nie jest idealnym rozwiązaniem — tylko przedłuża agonię, oddalając moment gdy środki się wyczerpią. Należałoby raczej systematycznie przesuwać środki ze sfery pasywów do aktywów — inwestować tak, by się mnożyły. Tylko w ten sposób moglibyśmy ostatecznie uniezależnić się od pierwotnego źródełka dochodów.

Mamy tę wiedzę i wykorzystujemy ją. Kiedyś w zabawach w wymianę skarbów wykorzystywaliśmy prawdziwe kruszce i minerały — złoto, srebro, platynę czy rzadkie klejnoty. Potem zastąpiliśmy je monetami, które bitymi z tańszych stopów metali, więc ich wartość była umowna lub symboliczna. Potem monety zastąpiliśmy kawałkami papieru, a wreszcie wirtualnym pieniądzem na elektronicznych kontach bankowych. Zabawa w ekonomię trwa, choć już od dawna nie posługujemy się w niej darami Matki Natury. Podobnie, przynajmniej do pewnego stopnia, postąpiliśmy z materiałami użytkowymi. Ĺťelazo zainwestowaliśmy w budowę fabryk produkujących tworzywa sztuczne, częściowo uniezależniając się od zasobów naturalnych.

Z paliwami ta sama sztuczka jeszcze nam się nie udała. Nowoczesne silniki samochodowe nadal zużywają tyle samo paliwa co dawniej, jak gdyby cała para postępu w motoryzacji poszła w gwizdek drobnych udogodnień, takich jak wspomaganie kierownicy, elektrycznie otwierane szyby czy systemy ABS i tym podobne. A skoro po ulicach świata jeździ wielokrotnie więcej aut niż przed laty, potrzebujemy coraz więcej ropy naftowej. Rośnie także nasze zapotrzebowanie na energię elektryczną, wciąż karmione przede wszystkim węglem. Ludzkość triumfalnie rozświetla ciemność, bez chwili przerwy, choć w systemie zmianowym. Gdzieś zawsze jest noc, więc płoną tam światła — te potrzebne i te kompletnie zbędne, będące znakiem ludzkiej próżności światełka do nieba. Do tego dodajmy niezliczone komputery i miliardy sprzętów domowych w trybie Stand by. Trudno się dziwić, że potrzebujemy coraz więcej prądu. A ogrzewanie naszego świata i przemysł pochłaniają coraz więcej gazu ziemnego. Nie dziwi zatem to, że popyt na paliwa kopalne jest duży, a podaż coraz mniejsza — w efekcie ceny szybują w górę. I wciąż niczym miecz Damoklesa wisi nad nami groźba wyczerpania zasobów.

Pozornie najłatwiej byłoby po prostu przestać, lecz to akurat jest prawdopodobnie niemożliwe. Przecież nie możemy nagle zrezygnować z całego dorobku cywilizacyjnego, choćbyśmy nawet bardzo chcieli. Wbrew deklaracjom rozmaitych neoluddystów, technoabnegatów i zwyczajnych technofobów nie możemy żyć bez naszej zasobożernej technologii. Bo już dokonały się zmiany, których nie da się odwrócić.

Spójrzmy na motoryzację. Gdy możliwości podróżowania były ograniczone, ludzie pracowali w pobliżu miejsca zamieszkania. Gdy pojawiała się fabryka, obok zaraz budowano mieszkalne mrówkowce. Ale komunikacja miejska, a nade wszystko coraz powszechniejsze samochody, sprawiły że zapragnęliśmy szukać przyjemniejszych przestrzeni życiowych. Ludzie zaczęli osiedlać się na przedmieściach lub wręcz poza miastem. Nasze miasta urosły i przeobraziły się tak bardzo, że dziś coraz trudniej przychodzi żyć bez samochodu. Bo przecież jak bez auta dojechać do pracy czy choćby na zakupy do centrum.

Podobnie komputery. Początkowo były tylko elastyczniejszymi maszynami do pisania i kalkulatorami. Gdy jednak stały się uniwersalnymi maszynami roboczymi, służącymi komunikacji międzyludzkiej, pisaniu tekstów, przechowywaniu informacji o naszych kredytach, rozliczaniu podatków i nieskończonym innym celom, przeobraziły nasz sposób życia. Gdyby z dnia na dzień ich zabrakło, ta część ludzkości zamieszkała w krajach rozwiniętych poczuła by się strasznie zagubiona.

Walter Benjamin w jednym z esejów pisał o aniele historii, który spogląda w przeszłość ludzkości i widzi tam mnóstwo zła, błędów i nieszczęść. Chciałby wrócić — do raju, a przynajmniej do minionych dni — i naprawić wszystko. Niestety nie jest w stanie. Od bram raju wieje bowiem potężny wiatr, którego nie jest w stanie pokonać, wiatr odpychający go wciąż dalej i dalej. Wiatr, który my nazywamy postępem.

Ale nawet gdyby powrót był możliwy, gdybyśmy byli w stanie — jak w rewolucyjnych marzeniach Unabombera — z dnia na dzień porzucić całą dehumanizującą i niszczącą świat technikę, czy byśmy tego naprawdę chcieli? Gdy spoglądamy w przeszłość, wciąż jeszcze dostrzegalną w “zacofanych” obszarach świata, odwracamy się z niesmakiem. Chciałoby się zawołać “przecież w tak prymitywnych warunkach nie da się żyć!”. Przyzwyczailiśmy się do tych wszystkich wygód i drobnych udogodnień. Przyzwyczailiśmy się do jasnych, ciepłych mieszkań, klimatyzowanych samochodów i bieżącej wody. Ĺťal byłoby to oddać.

Dlatego nie mają sensu nawoływania ekologów. Nie pomogą akcje takie jak “dzień bez samochodu”, nie zmieni nic gaszenie zbędnych świateł czy zakręcanie kranu podczas mycia zębów. Bo cała nasza cywilizacja jest systemem pochłaniającym zasoby i domagającym się wciąż więcej i więcej. Nie ma co liczyć na to, że opamiętamy się i nagle zaczniemy oszczędzać. Nadal jedna piąta ludzkości będzie radośnie konsumowała zasoby całej planety, a cała reszta będzie marzyła o tym, by znaleźć się w tej bardziej uprzywilejowanej grupie.

Nie ma odwrotu, ale też problem nie zniknie sam z siebie. Zasobów jest coraz mniej, odnawiają się one bardzo wolno, więc zagrożenie jest realne — nie wystarczy dla wszystkich. Dlatego też niektórzy zwiastują czas nowych podbojów. Tym razem nie będziemy walczyć o ideologie czy lebensraum, ale po prostu o dostęp do wyczerpujących się zasobów. Bo kto będzie posiadał dostęp, ten będzie miał bogactwo i władzę. A kto będzie posiadał militarną siłę, ten wywalczy sobie dostęp. I takie wojny już się toczą. Trudno dziś kogokolwiek przekonać, że celem wojny w Iraku było wprowadzenie demokracji. Rosyjski gaz nie od dziś jest instrumentem energetycznego nacisku, a czasem wręcz szantażu. Kolejne kraje uzależniane są ekonomicznie i politycznie od mocarstw oraz ponadnarodowych korporacji. Może nie zawsze jest to otwarta wojna, ale z pewnością jest to nowego rodzaju kolonializm.

Zauważmy, że zarówno propozycje oszczędności, jak i militarna czy ekonomiczna walka o zasoby mieszczą się w jednym sposobie myślenia. Zasobów jest mało, więc musimy zużywać je wolniej i zapewnić ich jak najwięcej Nam, odbierając je Im. To tak, jak gdybyśmy uznawali, że jedyny sposób na pomnożenie naszego kieszonkowego to mniej wydawać (ograniczyć konsumpcję) i systematycznie podkradać lub siłą odbierać kieszonkowe rodzeństwu. Przy takim podejściu rzeczywiście okazuje się, że jedyną skuteczną strategią jest dbanie o to, by zawsze być silniejszym od swych braci i sióstr.

Można jednak spróbować spojrzeć na ten problem w ramach innego paradygmatu. Jeśli inaczej sformułujemy pytanie, być może pojawią się nowe odpowiedzi. Buckminister Fuller, jeden z najbardziej kreatywnych technokratów XX wieku, proponował by myśleć o naszej planecie jak o wspaniałym statku kosmicznym. Spróbujmy przez chwilę popłynąć z jego myślą.

Nasz Statek Kosmiczny Ziemia jest stosunkowo niewielki — skromne 40000 kilometrów obwodu wobec ogromu wszechświata jest wielkością znikomą. Porusza się nieustannie ze względnie stałą prędkością po orbicie wokół Słońca (statku matki, czy może raczej potężnego reaktora i źródła ogromnej energii), a także obraca się wokół własnej osi. Jednak skonstruowany jest tak przemyślnie, że właściwie nie czujemy tego ruchu z niewyobrażalną szybkością — w ciągu minuty pokonujemy tysiące kilometrów wzdłuż orbity, oraz setki kilometrów w ruchu obrotowym. Co więcej nasz statek wyposażony jest w wymyślny system podtrzymywania życia, dzięki któremu posiadamy ogromne i odnawialne zasoby żywności, wody pitnej i innych zasobów naturalnych. Ich ilość jest tak duża, że przez przez całą swoją dotychczasową historię, ludzkości praktycznie nie groziły trwałe braki.

Ale każdy użytkownik samochodu wie, że od czasu do czasu trzeba dolać paliwa, sprawdzić poziom oleju, płynu chłodniczego i hamulcowego. Warto też pomyśleć nad jakimś przeglądem technicznym. Nasz Statek Kosmiczny Ziemia podróżował bez naszej opieki całe miliardy lat — doprawdy perfekcyjna konstrukcja. To dobrze, skoro nie dołączono instrukcji obsługi. Mieliśmy za to dużo czasu na naukę w bezpiecznych, niemal cieplarnianych warunkach, ale już chyba czas najwyższy wejść w dorosłość i przejąć odpowiedzialność za nasz wspaniały pojazd.

Wyobraźmy sobie kierowcę, który wsiada w samochód i próbuje jechać tylko mocą rozrusznika i akumulatora. To oczywiście można zrobić, ale akumulator wyczerpie się szybko. Z pewnością bardziej skuteczne będzie wykorzystanie elektryczności wyłącznie po to, by uruchomić znacznie efektywniejszy energetycznie silnik spalinowy. Podobnie my powinniśmy wykorzystywać skończone i nieodnawialne zasoby tylko po to, by wprawić w ruch jakąś bardziej efektywną maszynerię.

Od lat część naszych środków przeznaczamy na rozwój naukowy i technologiczny — to właściwa droga. Ale być może czas zacząć myśleć w szerszej skali, nie skupiać się tylko na samej Ziemi (jak na akumulatorze i rozruszniku), lecz poszukać źródła energii poza nią. Nie mam tu na myśli oczywiście otwierania kopalni na Księżycu czy Marsie — to byłoby tylko przedłużenie bezcelowej strategii okradania z kieszonkowego młodszego brata. Ale wiemy przecież, że nasza planeta jest częścią większego układu, przepełnionego synergetycznymi zależnościami, odkrywanymi przez nauki. Być może uda się skuteczniej wykorzystać rozsiewaną nieustannie ogromną energię Słońca, być może istnieje możliwość wykorzystania szybkiego ruchu Ziemi — choćby poprzez elektrownie wiatrowe. Szukać powinniśmy tam, gdzie energii jest dużo, dużo więcej, niż w pokładach węgla i ropy naftowej.

Oczywiście sprawa nie jest taka prosta, skoro — jak zauważa Bucky Fuller w swojej książeczce Operating Manual for Spaceship Earth (Instrukcja obsługi Statku Kosmicznego Ziemia) — mieszkańcy statku nie potrafią się dogadać. Jedni pilnują wszystkich zasobów mineralnych, inni dysponują narzędziami technologicznymi, a jeszcze inni zasobami biologicznymi czy po prostu wolną przestrzenią. Wciąż pozostajemy uwięzieni w ciasnych schematach myślowych, które nie pozwalają nam dostrzec “wielkiego obrazu” i naszych ogromnych możliwości. Współpraca całej ludzkości i sensowne wykorzystanie zasobów muszą stać się fundamentem budowania lepszego świata. Niezbędne są dalsze inwestycje w wiedzę, postęp technologiczny i naukowy, a nade wszystko w rozwój każdego człowieka z osobna i ludzkości w swej masie. Tylko to może nam zapewnić ludzkie warunki dalszej podróży naszym wspaniałym pojazdem kosmicznym. Tylko to będzie dowodem, że jako gatunek wyrośliśmy z młodzieńczej niedojrzałości. Tylko to pozwoli w pełni zrealizować ogromny potencjał ludzkości. Bucky mocno w to wierzył.

Miło jest pomarzyć. A póki co, wyłączę komputer. Na chwilkę. ;)

Oto moja strona domowa. A oto strona domowa niejakiego Marcina Rzyski. (Aby treść była widoczna, konieczne jest wyłączenie wykonywania skryptów.)

Muszę przyznać, że jestem wzruszony. Już nawet nie tym, że jakiś burak postanowił podprowadzić “content” właśnie z mojej strony. To się zdarza. Choć szkoda, że zrobił to byle jak. Wszystkie pliki zostały skopiowane, jego nazwisko dopisane do wszystkich nagłówków. Tylko stopki nie zmienił. No i na samej górze jest przepiękny tekst o sukniach ślubnych. ;) Nie muszę dodawać, że strona Marcina Rzyski została też dopisana do licznych dziwacznych katalogów stron i zapewne podbija komuś Page Rank.

Rozczulające jest to, że jakiś domorosły spec od SEO postanowił wykorzystać jako wabik zawartość właśnie mojej strony, naładowanej raczej średnio przyswajalnymi tekstami filozoficznymi. I to do promowania sukien ślubnych… Zaprawdę filozofia jest uniwersalną dziedziną.

Jakieś pomysły co można/warto z tym zrobić?

Skrajny empiryzm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym cała wiedza jaką możemy posiadać pochodzi wyłącznie z doświadczenia. Doświadczenie jest zatem jedynym źródłem wiedzy. Pogląd wyrażany na przykład przez Johna Locke’a.

Umiarkowany empiryzm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym doświadczenie jest źródłem wiedzy. Być może nie jest ono źródłem jedynym, a dostarczana wiedza może nie być stuprocentowo pewna, jednakże jest to wiedza wartościowa. Za przedstawiciela tego poglądu można uznać choćby Arystotelesa czy Francisa Bacona.

Skrajny racjonalizm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym jedynym źródłem wiedzy jest rozum. Inne źródła (takie jak choćby doświadczenie) nie są wiarygodne. Przedstawicielem takiego poglądu mógł być Parmenides czy Platon.

Umiarkowany racjonalizm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym rozum jest źródłem wiedzy, ale mogą też istnieć inne, pozarozumowe źródła wiedzy, np. intuicja czy wiedza wrodzona. Za zwolennika takiego poglądu można uznać Kartezjusza.

Umiarkowany googlizm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym źródłem wiedzy jest Google. Pogląd popularny w początkach XXI wieku, także pośród niefilozofów.

Skrajny googlizm genetyczny — pogląd, zgodnie z którym Google jest jedynym źródłem wiedzy, absolutnie pewnej i niepodważalnej. Pogląd powszechny pośród uczniów i studentów przygotowujących prace zaliczeniowe…

Nie, powyższe słowa wcale nie są wynikiem frustracji spowodowanej czytaniem prac zaliczeniowych. To tylko taka… impresja.

Tyle się mówi o wolnej kulturze, swobodnych licencjach i artystach, którzy tak bardzo pragną zostać odnalezieni i dostrzeżeni, że gotowi są oddać swą twórczość za darmo. W praktyce jednak nadal sprowadza się to głównie do nielegalnego ściągania z sieci p2p dzieł “zamkniętych”, gromkiego narzekania na RIAA, MPAA, ZAIKS i tym podobne organizacje oraz nieustannego mylenia “wolnego” z “darmowym”.

Nadal zwalcza się technologie p2p jako służące do popełniania przestępstwa. Wytacza się kolejne procesy, zwalcza kolejne sieci i programy. Jest pretekst, bo wciąż służą one do nielegalnego ściągania muzyki, filmów, książek itp. Niewielu zwraca uwagi na wielkie zalety p2p, takie jak choćby rozproszenie obciążenia sieci. Bo przecież p2p to ostoja przestępców.

Nadal o darmowym rozdawaniu twórczości mówią i piszą przede wszystkim konsumenci, a nie twórcy. Konsumenci, którzy uważają, że im się po prostu należy. Konsumenci, którzy usprawiedliwiają to, że sciągają tym, że przecież także udostępniają — nic to, że cudzą twórczość. Dlatego stowarzyszenia zarządzające prawami autorskimi będą zawsze mogły krzyczeć, że twórcy pragną ochrony prawnej.

ONI po prostu mają rację.

I właśnie dlatego kibicuję takim projektom jak Jamendo. Serwis uruchomiony przez czworo Francuzów udostępnia muzykę. Wolną i darmową muzykę, publikowaną przez twórców na wolnych licencjach, takich jak Creative Commons czy Licence Art Libre. Obecnie 784GB muzyki można przesłuchać na stronie lub też ściągnąć na dysk za pośrednictwem oprogramowania typu BitTorrent czy eMule. Wszystko dostępne w formatach mp3 i ogg. Oddane przez twórców prosto w ręce odbiorców, którzy mogą odwdzięczyć się na kilka prostych sposobów — mogą przelać skromną sumkę prosto na konto wybranego twórcy, zrecenzować jego twórczość, promować go na swoim blogu. Wszystko według chęci i możliwości.

Naturalnie nie znajdziemy tam wielkich przebojów wielkich gwiazd. Ale można odkryć trochę ciekawej muzyki z całego świata, także z Polski (choć jeszcze niewiele). Wszystko w oparach Web2.0 — z rosnącą społecznością, chmurkami tagów i całym tym zgiełkiem. No i od miesiąca także po polsku.

Zajrzyjcie, zobaczcie jak urzeczywistniają się piękne idee i wspierajcie. Ściągnijcie trochę tej muzyki i ją właśnie udostępniajcie w swoich programach p2p. Niech wielkie firmy wreszcie zrozumieją, że świat się zmienił i to one musza się dostosować.