Lhasa – La Llorona
Tytułem wstępu -- mam wyraźną słabość na punkcie kobiecych głosów. Jest to zwykle druga rzecz, na którą zwracam uwagę w rozmowie z kobietą. ;) I przekłada się to naturalnie na muzykę -- śpiewające kobiety potrafią przykuć mnie do głośników na długo. Od kilku dni cieszę się nowym odkryciem.
Lhasa ma głos wspaniały. Głęboki, zmysłowy, taki od którego uda drżą. La Llorona to jej pierwsza płyta, podobno inspirowana motywem syreny (czy raczej ich azteckiego odpowiednika). Płyta jest na rynku od 1998 roku -- stwierdzam to z wielkim żalem, bo sam odkryłem ją dopiero teraz.
Klimatycznie płyta przechodzi łagodnie od nostalgicznych, smutnych pieśni, do drapieżnych utworów, z duchem tanga w tle. Ma bardzo "hiszpańskie" brzmienie -- dużo tu perfekcyjnych, akustycznych gitar, bas cudnie pulsuje w tle, wspomagany mnóstwem subtelnych dodatków. Dźwiękowo jest to płyta stworzona do odkrywania.
Ale głos, głos i tak dominuje nad wszystkim. Jest w nim tak wiele emocji, pasji, ognia. Jeśli napotkałbym syrenę, która uderzyłaby mnie takim Desdenosa albo El Arbol Del Olivido -- nie wiem, czy zdołałbym się oprzeć. Ten głos chwilami koi, chwilami porywa, ale raz pochwyconej uwagi nie wypuszcza.
Bardzo polecam.
