Sieciowa prywatność i inne fikcje
Podobno prywatność jest ważna. Toczy się o nią wielka wojna. Kłótnie są ostre, jak to zwykle bywa w sporach o fikcje.
Jest oczywiste, że prywatność w Sieci jest iluzją. Ślady naszych wirtualnych wędrówek pozostawiamy w wielu miejscach. W logach odwiedzanych przez nas serwerów WWW można przeczytać skąd nadajemy (nr IP), skąd przyszliśmy (reference), co oglądaliśmy i jak dokładnie. W innych logach tkwią ślady wysyłanych przez nas maili, dysput prowadzonych przy użyciu komunikatorów, ściąganych z sieci plików. A do tego są jeszcze archiwa. Google wciąż pamięta moje Usenetowe dysputy sprzed 7 lat. Archive.org doskonale pamięta, jak wyglądała pierwsza wersja mojej strony internetowej. Wciąż można uzyskać dostęp do archiwów list dyskusyjnych, w których się udzielałem na początku swojej internetowej kariery.
Do tego dodajmy szpiegów celowych. Oprogramowanie spyware, które zdradza nasze sekrety i upodobania. Donosi jakiej słuchamy muzyki, jakie strony oglądamy. (Ostatni przypadek 'rootkita' zaszytego w płytach SonyBMG jest tylko przykładem tego, co udało się ujawnić). Ciasteczka pozostawiane na stronach sklepów, zapamiętują jakiego rodzaju towary przykuły naszą uwagę. Skrypty Gemiusa i Googla, zaszyte na tysiącach stron, również zapamiętują naszą obecność.
A przecież sami też to sobie robimy. Instalujemy rozmaite toolbary, które mają ułatwiać nam życie, a przy okazji zapamiętują nasze preferencje. Swoje zakładki upubliczniamy na stronach typu del.icio.us czy Stumble Upon. Muzykę zapisujemy w last.fm. Dane przechowujemy w bazach danych Googla. Upubliczniamy -- mniej lub bardziej świadomie -- mnóstwo informacji dotyczących naszych zwyczajów.
Paranoicy czasem mają rację. Jesteśmy obserwowani, a przynajmniej w każdej chwili możemy być. Możemy nabijać się z orwellowskiego 'Wielkiego Brata', ale kable już zostały położone. Normalnie permamentna inwigilacja, chciałoby się zawołać. Prywatność jest złudzeniem.
A jednak walka się toczy. Anonimizery mają pomóc w anonimowym surfowaniu w odmętach WWW. Możemy szyfrować swoje listy czy Jabberowe rozmowy. Jeszcze możemy. W takiej na przykład Francji stosowanie PGP nadal jest nielegalne. Amerykański PATRIOT Act również nie wspiera prywatności. Ale jeszcze nam wolno. Cyferpunkowcy i cryptoanarchiści pracują nad narzędziami. EFF.org walczy o prawo. Nieskończony wyścig zbrojeń. Pytanie tylko po co?
Granice sfery prywatności przesuwają się. Kiedyś oczywistym było, że okna w mieszkaniu powinny być szeroko otwarte, tak by sąsiedzi mogli mieć pewność, że nic złego się w naszym domostwie nie dzieje. Nie chcemy jednak, by ktoś zaglądał nam do komputera i sprawdzał co i jak w nim robimy. Widokówki zawsze były rozsyłane "otwartym tekstem", dostępnym każdemu pracownikowi poczty. Dlaczego przeszkadza nam myśl o adminie mającym dostęp do naszej poczty? Wciaż jest miłe, gdy sprzedawca w sklepie rozpoznaje nas i podaje nam dokładnie takie owoce, jakie lubimy najbardziej. Dlaczego więc drażni nas, gdy internetowy sklep bada nasze preferencje, by podsuwać nam pod oczy takie towary, jakie mogłyby nas zainteresować. Tak naprawdę wcale nie potrzebujemy prywatności. Lubimy się nią dzielić. Wystarczy poczytać blogi, by się przekonać o tym, jak niewiele mamy do ukrycia. Świat się zmienia.
I tylko czegoś żal...

December 3rd, 2005 - 04:19
Hej, co Ty wyrabiasz z tymi słowami?! :) Tak naprawdę potrzebujemy prywatności, ponieważ lubimy się nią dzielić. Ale w dzieleniu się przyjemne jest to, że sami decydujemy, kiedy, z kim i w jakim zakresie.
Oczywiście masz rację w kwestii permanentnej ingiwilacji. W logach każdego serwera, z którym się łączymy, zostaje nasz numer IP. I to jest śmiertelnie groźne, ponieważ żyjemy w kraju – w świecie – gdzie “stróże prawa” najpierw strzelają, a potem pytają “kto to?”. Strzelają do bogu-ducha-winnych ludzi zarówno dosłownie, na ulicy, jak i w sensie przenośnym: najpierw wpadają do mieszkania, aresztują człowieka, konfiksują mu komputer, a dopiero potem zastanawiają się, czy zostało złamane prawo (vide sprawa fana Depeche Mode, który ściągnął znaleziony wyszukiwarką plik z publicznie dostępnej strony i do dziś nie odzyskał swoich komputerów). Wniosek z tego, że nie ma bezpiecznych stron WWW; najlepiej byłoby zatem łaczyć się najpierw z anonimizerem, a dopiero potem z jakimkolwiek serwerem WWW. Na pytanie, czy to już paranoja, czy jeszcze nie, mogę odpowiedzieć bez wahania: niestety, to tylko zdrowy rozsądek…
December 3rd, 2005 - 11:24
Oddajemy prywatność w zamian za rozmaite drobne udogodnienia. I nawet tego nie zauważamy. My się już nawet nią nie dzielimy — traktujemy jej brak, jako coś oczywistego. Umiejętność cieszenia się własną prywatnością zanika.
A co do anonimizerów. Polecam zestaw Tor + Privoxy + Firefox + SwitchProxyTool. Więcej informacji znajdziesz na http://tor.eff.org/
Nieźle maskuje nasze IP (może nieźle namieszać w statystykach, hue, hue…), a przy tym otwiera dostęp do pewnych ukrytych stron, nieosiągalnych bez Tora. Ale jest i cena — wszystko działa dużo wolniej. :(