blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

5May/0613

Fake Tool Hoax

Jak niektórzy pewnie wiedzą, odbyła się właśnie światowa premiera nowego albumu przezacnej grupy Tool. Płyta to bardzo oczekiwana, po ponad pięcioletniej przerwie, ale nie o niej będę tu pisał (zanim odważę się na ocenę, muszę się jeszcze osłuchać). Chcę za to zwrócić uwagę na kilka ciekawych zjawisk towarzyszących. Jak to ostatnimi czasy bywa, na dobre dwa tygodnie przed premierą, cały album można już było znaleźć w Sieci. To zaś sprowokowało interesującą falę fałszerstw i przekrętów.

Do fałszywek w sieciach p2p wszyscy są już przyzwyczajeni. Po każdej premierze wywołującej duże zainteresowanie, w sieci roi się od plików podszywających się pod przeboje. I zamiast kolejnego odcinka Harrego Pottera można ściągnąć film zgoła innej natury, z zupełnie innymi czarodziejkami (ale czasem też w okularach). Naturalnie podobnie było z najnowszą płytą Toola. Zamiast niej można było zdobyć albumy rozmaitych, mniej lub bardziej znanych zespołów. Mnie jednak najbardziej ucieszył ciekawy przypadek nowatorskiej autopromocji. W jednym z archiwów udających 10000 Days, można było znaleźć nagrania jakiegoś amatorskiego zespołu. Do plików dołączony był rozczulający liścik z przeprosinami i zachętą do przesłuchania tych utworów. Oto przykład sprawnego wykorzystania mechanizmów sieciowego marketingu. Z łatwością można sobie wyobrazić rzesze ludzi, którzy ściągnęli płytę nikomu nie znanego zespołu. Nawet jeśli ich muzyki posłucha jeden ściągający na dziesięciu, to i tak dotarli do sporego, doskonale wyprofilowanego "targetu".

Sytuację dodatkowo ubarwiał fakt, że zespół Tool znany jest z podpuszczania fanów na wiele rozmaitych sposobów. Przy okazji poprzednich premier zdarzało im się na przykład wypuszczać fałszywe okładki czy listy utworów, co miało zmylić potencjalnych piratów. Fani spodziewali się czegoś podobnego i tym razem. Zatem kiedy tylko gruchnęła wieść o wycieku nowej płyty, natychmiast pojawiły się teorie zgodnie z którą wyciek był kontrolowany, a płyta to tylko zmyłka. Można było natknąć się na kilka wariantów tej opowieści. Czasem dowodzono, że udostępniana w sieciach p2p płyta to tylko wersja demo. Innym razem sugerowano, że to tylko drugi dysk szykowanej edycji dwupłytowej, której premiera odbędzie się dwa tygodnie po premierze oficjalnej. Niektórzy posunęli się wręcz do twierdzenia, że zespół specjalnie nagrał "fałszywe" utwory, by tylko zmylić fanów i piratów. Byłby to z pewnością przekręt godny tego zespołu. Spory wybór takich spekulacji można znaleźć w komentarzach do tego wpisu. Oczywiście gdy nadszedł czas premiery, złudzenia upadły. Okazało się, że nawet Toolowi można zwyczajnie wykraść płytę i przedpremierowo udostępnić ją w Sieci.

Garść komentarzy:

  1. Płyty wyciekają - na to nic się nie poradzi. Uchronienie nagrań do czasu oficjalnej premiery staje się niezmiernie trudne. Zbyt wiele jest słabych punktów w systemie produkcji i dystrybucji. Słowo premiera oznacza dziś jedynie rozpoczęcie oficjalnej sprzedaży czy prezentacji. Warto ten fakt uwzględnić (i wykorzystać) przy planowaniu strategii marketingowej.
  2. Płyta Toola i tak znajdzie wielu nabywców. Głównie dlatego, że w tym przypadku samo opakowanie jest małym dziełem sztuki, a fani szanują zespół.
  3. Fani są bezlitośni, jeśli dostaną towar niezgodny z ich oczekiwaniami. Ludzie, którzy po 5 latach pracy nagrali nową płytę, musieli czuć się dziwnie czytając te wszystkie spekulacje. Czy efekt ich wytężonej, wieloletniej pracy naprawdę wygląda na płytę demo?
  4. Teorie spiskowe wciąż są atrakcyjne. Jednak tym razem fani przekombinowali (chyba, że za dwa tygodnie będzie premiera edycji dwupłytowej), a zespół chyba nie do końca sprostał własnej legendzie.

Mówiąc ogólnie - rynek medialny się zmienia. Nowe narzędzia rozpowszechniania (p2p) wymuszają nowe formy dystrybucji i marketingu. Duże firmy wcześniej czy później to zauważą - pieniędzy do zgarnięcia z rynku wciąż jest dużo. A my musimy przygotować się na nowe formy manipulowania nami. Słowa fake i hoax mają swoje miejsce w słownikach specjalistów od sprzedaży. Czy będziemy umieli się obronić?

Comments (13) Trackbacks (0)
  1. Świetnie, że znowu jesteś online (bo “kto nie jest online, ten jest offline”, co w cyberświecie jest równoznaczne z nieistnieniem). Dzięki Twojej refleksji nad nową płytą Tool, mogłem się o niej dowiedzieć. Cóż, nie śledziłem ostatnio specjalnie muzycznych wydarzeń. I dzięki Tobie jakieś trzy minuty po przeczytaniu wpisu, mogłem cieszyć uszy dźwiękami z najnowszej płyty. Oczywiście zdobyłem ją korzystając ze swoich infoanarchistycznych źródeł. Ale czy jestem piratem? Link do ciekawego obrazka przedstawiającego pirata pokazał ostatnio serwis copyfight.pl : http://copyfight.pl/archive/2006/04/propaganda/

    Pozdrawiam

  2. Dobrze, że w Sieci tak łatwo przychodzą przerwy w istnieniu… I jakoś powrócić do istnienia łatwiej. :)

    A dźwięki cieszą?

  3. Nie miałem pretekstu, żeby u siebie napisać o 10KD, jak po netowemu skraca się już tytuł nowego Toola :) Fajnie, skrobnę zatem dwa słowa komentarza u Ciebie.

    W kwestii wyciekania albumów i sprzedaży – myślę, że to nie tylko kwestia specyfiki nietuzinkowego zespołu i jego fanów; chyba Alek T. powoływał się ostatnio na badania, które wskazują, że wymienianie się filmami via P2P nie ma w USA wpływu na zmniejszenie sprzedaży (a miejscami jest przeciwnie). Być może nie on to przywoływał, gdzieś jednak takie badania widziałem.

    Albumy ściągane via P2P wpisują się nieuchronnie w koncept “posłuchaj przed zakupem”, czyli chcąc nie chcąc działają prokonsumencko. Inicjatywy typu MySpace, różne blog-radia, itd. też udostępniają w Sieci muzykę przed zakupem, ale mimo wszystko nie wyczerpują tematu, choć idą w dobrą stronę. Ciągle lepiej “mieć mp3″, które można wrzucić na iPoda niż “mieć dostęp do mp3″ do tego samego numeru w Sieci. A potem albo się kupuje płytę, albo… ;)

    A teraz, wreszcie, ad rem: nowy Tool niestety na kolana nie rzuca, nie jest to dzieło przełomowe. Najsłabsze na płycie są wokale… MJK zbyt perfekcyjnie cyrkluje ;) co niestety chyba jest powodem do żalu. 10KD traci na takich akurat liniach wokalnych. Mimo wszystko tacy muzycy stawiają bardzo wysoko poprzeczkę. Ich słabszy album to dla wielu innych ekstraklasa. I tak to IMHO należy traktować – myślę, że rozczarowali się głównie ci fani, którzy oczekiwali wielkiego objawienia i burzenia muzycznych barier. A nawet Mike Patton nie robi tego z płyty na płytę :)

  4. Niestety, podobnie jak Michał nie jestem w głębokim szoku po przesłuchaniu płyty. Nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że po wymieszaniu z kawałkami z Lateralusa nie zauważyłbym większej różnicy pomiędzy płytami. Mam wrażenie, że przekombinowali i po trzech przesłuchaniach płyty nie mam jeszcze ulubionej piosenki. Co gorsza, ja ich jeszcze nie odróżniam! A słuch mam raczej na dość dobrym poziomie :( Cóż… Zasmuciło mnie ostatnio oświadczenie, że Perfect Circle niczego więcej nie nagra. Chociaż czekam nawet na piosenki z innym wokalistą, to również mogłoby być niezłe.

    A co do prokonsumenckiej funkcji mp3 ściąganych nielegalnie z sieci, to nie jestem pewien, czy tak jest w istocie. Jeśli o mnie chodzi, nie kupuję płyt ani mp3 od około sześciu lat. Pomijając aspekt moralny mojego zachowania- można się zastanowić, czy w świecie przenośnych odtwarzaczy mp3 jest jeszcze sens kupowania płyt CD czy innych nośników z muzyką. Bo kupno dla okładki, czy też ze względu na szacunek dla zespołu mnie nie przekonuje. Tool darzę szacunkiem, inaczej nie słuchałbym ich muzyki. Dla mnie piosenki ściągnięte z sieci są w pewnym sensie jak muzyka grana na ulicy. Mogę, ale nie muszę zapłacić wykonawcy, a mp3 spełnia raczej funkcję przedłużenia mojej pamięci. Bo przecież nikt mnie nie oskarży za przypominanie sobie kawałków ulicznego gitarzysty, a to przecież także odtwarzanie…

  5. Bez urazy, Grzegorz, ale mi się Twoje porównanie bardziej kojarzy z czymś takim – idziesz ulicą, a w budynku obok jest koncert. Wejście na koncert jest płatne, choćby dlatego, żeby komuś zamortyzowały się koszty wynajęcia sali a komuś innemu przyjazdu, itd. Muzyka Ci się podoba, jednak… nie wejdziesz, tylko przystaniesz przed wejściem i będziesz sobie słuchać za darmo zza winkla :)

    Akurat w przypadku np. ostatniej płyty Toola bezsens “kupna dla okładki” wydaje się trudny do zrozumienia, przynajmniej dla kogoś, kogo poruszają prace Aleksa Grey’a – ale tu już schodzimy na sferę gustów. W każdym razie: zdecydowanie wolę oglądać greyowskie minireprodukcje we wkładce zakupionego 10KD niż ekscytować się nimi na ekranie. Bo Luwr też można obejrzeć z peceta, mają nawet świetną prezentację. Tylko co z tego? :)

    Jeszcze jedno: IMHO starego porządku dominacji koncernów fonograficznych nie zburzy się programowym odmawianiem kupna płyt (czy mp3) ulubionych wykonawców. Pozwólmy twórcy zdecydować, czy jego sztuka ma być w pełni wolna i wolnodostępna, czy może “skomercjalizowana” poprzez takie czy inne obłożenie go daniną za korzystanie. Właśnie w respektowaniu tego wyboru widziałbym szacunek do pracy artystycznej…

    Reasumując w kwestii rezygnacji z kupna muzyki: nie tędy droga do ostatecznego krachu systemu korporacji (muzycznych) ;) Zbyt wiele ofiar po drodze, moim zdaniem.

  6. Co do płyty – trzeba dać jej trochę czasu. Po pierwszym przesłuchaniu też miałem problemy z rozróżnieniem utworów i czułem się nieco rozczarowany. Ale kiedy się spokojnie wsłuchalem, poświęcając słuchaniu jakieś 80% procent uwagi ;), poczytałem teksty, pokontemplowałem – jest lepiej. Niektóre teksty wydają mi się słabe, podobnie jak niektóre fragmenty muzyczne, ale takie na przykład szkrzydła (obie części) już teraz uważam za genialne.

    Co do kupowania płyt – sprawa jest trudna. Głęboko wierzę w to, że dostęp do kultury powinien być darmowy. Podobnie jak wierzę w to, że twórca powinien móc żyć z tworzenia. Niestety obecne modele dystrybucji i “urynkowienie” kultury sprawiają, że wydaje się to sprzeczne. Ale już teraz widać przynajmniej trzy możliwości pogodzenia darmowości z zyskiem twórcy:

    1. Sprzedawanie nie samego dzieła, tylko wartości dodanych – np. nie muzyki, tylko ładnie wydanej (lub w ogóle wydanej) płyty, koszulki, plakatu, koncertu itd. To doskonale działa.
    2. Bezpośrednie finansowanie – jestem głęboko przekonany, że gdyby sami twórcy (zwłaszcza ci popularni) udostępnili numery kont, na które można przelewać wyrazy uznania, nieźle by zarobili. Wielu nie płaci z zasady. Wielu dla idei – nie chcą wspierać pośredniczących pasożytów.
    3. Powiązana z dziełem reklama/sponsoring.

    Nie wiem czy któryś z powyższych pomysłów się kiedykolwiek przyjmie, ale coś wymyślić trzeba.

  7. Nie ma powodu do jakiejkolwiek urazy, w końcu na spieraniu się opiera się dyskusja. Michale, w pewnym sensie masz rację. Kopiowanie przeze mnie muzyki, to jak słuchanie jej podczas koncertu, ale słuchanie zza płotu. Przy czym w wypadku nowych mediów, płot nie otacza już całego koncertu, ale właściwie obejmuje już tylko część przestrzeni pod sceną. Wejście za płot jest płatne (ludzie płacą za prąd, ochronę, reklamę, gażę dla artystów), ale bycie za płotem może również oznaczać stanie pod sceną i wysłuchanie koncertu w tej samej jakości, odebranie tych samych wrażeń (zawsze istniał jakiś obszar za płotem, gdzie można było wysłuchać koncertu w dobrej jakości, a kopie mp3 pozwalają na odbiór z praktycznie całą oprawą). Bo przecież słuchając nie zastanawiasz się nad nośnikiem (oczywiście upraszczam, bo możesz uwielbiać wyszukiwanie drobnych różnic pomiędzy skompresowaną muzyką w mp3 a muzyką nieskompresowaną, odbiorem z płyt winylowych itp.). W przypadku opłaty za taki koncert, pozostaje Ci pamiątka, nazwijmy ją np. biletem, w postaci okładki, która również może być dziełem sztuki, oraz kawałek plastiku.

    Nie zamierzam walczyć z wielkimi koncernami stosując taktykę kopiowania. Tworzenie kopii nie oznacza w przypadku mp3 zwykłej kradzieży- płyta ze sklepu nie znika. Po prostu korzystam z możliwości, jakie daje mi komputer podłączony do sieci. W zamierzchłych czasach, a nawet niekoniecznie, bo jeszcze całkiem niedawno, mogliśmy swobodnie korzystać z ogromnych zasobów kultury, często nawet nie wiedząc kto jest autorem. Wydaje mi się, że powinniśmy się zastanowic nie tylko nad tym, czy płacić pośrednikom, czy też artyście, ale czy w ogóle powinien istnieć obowiązek zapłaty za coś, czego wytworzenie kosztuje ułamki grosza i co ludzie robią ze względu na własne potrzeby twórcze i czy w ogóle powinno funkcjonować prawo autorskie.

    Wiem, radykalnie i może nie do końca spójnie i precyzyjnie. Ale wydaje mi się, że moje zdanie jest odzwierciedleniem poglądów wielu internautów, a przynajmniej tych, którzy na hubie DC gdańskich uczelni dzielą się praktycznie wszystkim.

  8. Grzegorzu, przeczytałam, co napisałes i nóż mi się w kieszeni otworzył. “Czy w ogóle powinien istnieć obowiązek zapłaty za coś, czego wytworzenie kosztuje ułamki grosza i co ludzie robią ze względu na własne potrzeby twórcze” – pytasz. No kurde, oczy mi otworzyłeś. Przecież muzycy, pisarze, malarze nie muszą jeść, bo żyją powietrzem; nie mają rodzin na utrzymaniu; instrumenty muzyczne, papier, farba spadają im z nieba, a umiejętności mieli dane od Boga już w momencie narodzin, tak samo, jak talent. “Wytworzenie” IX Symfonii kosztowało Beethovena ułamki grosza, a Michał Anioł wymalował kopułę Kaplicy Sykstyńskiej w ciągu jednego weekendu, ze względu na własne potrzeby twórcze. Po cholerę pieniądze Pavarottiemu – przecież śpiewa, bo lubi. Nad czym tu się zastanawiać? Znieśmy prawo autorskie, a twórców pozamykajmy w chlewikach. Jak się im da kawałek węgla, cudności będą na ścianach malować i wypisywać…

  9. Pisząc o ułamkach grosza, miałem na myśli tworzenie cyfrowych kopii utworów (wybacz za skrót myślowy). Zdaję sobie sprawę, że napisanie piosenki i jej nagranie kosztuje. Artyści muszą jeść, gdzieś mieszkać, płacić za sprzęt, rozumiem to doskonale. Tego przecież nie neguję, chociaż można było tak odebrać moje słowa. Uważam jedynie, że powinniśmy się zastanowić, czy za cyfrowe kopie rzeczywiście trzeba płacić, a jeśli tak, to czy nie powinny to być naprawdę niewielkie kwoty i czy zawsze obowiązkowe. O ile wytworzenie pierwszej wersji kosztuje, to kolejne kopie cyfrowe są tworzone prawie bez kosztów. Natomiast w przypadku naniesienia utworu na nośnik fizyczny płacimy nie tylko za nagranie i potrzeby życiowe artysty, ale za nośnik, stworzenie okładki, miejsce na półce w sklepie, pensję dla sprzedawcy, opłaty związane z użytkowaniem sklepu, zysk dla właściciela i wielu pośredników.

    Oczywiście, że powinienem zapłacić za udział w koncercie we wspaniałej atmosferze jakiegoś klubu. Ale czy powinienem zapłacić za cyfrową kopię, której zrobienie nic nie kosztuje i na pewno nie jest kradzieżą, tego nie jestem pewien.

    Podobnie jest w przypadku wolnego oprogramowania- ludzie poświęcają czas na jego produkcję, ale nie zawsze je sprzedają. A nawet jeśli sprzedadzą komuś kopię, ta osoba ma prawo miliony kopii rozdać za darmo. Myślę, że jesteśmy u progu dużej zmiany- sklepy z mp3 online są tego zapowiedzią, ale jeszcze lepszym przykładem są miliony utworów mp3 w internecie, rozdawanych za darmo przez różnorodnych artystów, którzy chcą dzielić się twórczością. Nie jest zatem zupełnie tak, jak napisałaś, że bez pieniędzy za twórczość artyści wymrą z głodu i nie będą tworzyć.

  10. No, to już brzmi nieco rozsądniej – ale postulat zlikwidowania prawa autorskiego tak się miał do rozwiązania kwestii zbyt wysokich kosztów cyfrowych kopii utworów muzycznych, jak propozycja zlikwidowania w tym celu prawa w ogóle :)

    MP3 mnie niespecjalnie interesują; pracuję w wydawnictwie i bliższy mi jest rynek książki oraz sytuacja polskich pisarzy. To jednak, jak rozumiem, z kolei Ciebie niezbyt ciekawi…

  11. Cieszę się, że aż tak nie przeraża Cię mój nie do końca jeszcze sprecyzowany pogląd na sprawę praw autorskich.

    Co do książek, można powiedzieć, że jetem nawet bardzo zainteresowany rynkiem. Kupuję sporo książek, jeszcze więcej czytam. Nie wiem, czy prawo autorskie powinno być zupełnie zniesione czy też nie. W każdym razie w przypadku książek jest tak, że opublikowanie ich za darmo w internecie nie sprawia, że nikt ich nie kupuje (domyślam się, że jest tak również w przypadku muzyki). Jeśli o mnie chodzi, drukuję z sieci tylko książki, których nie mogę dostać w Polsce. Książka, którą mogę ściągnąć za darmo, przejrzeć, a nawet przeczytać, jeśli mnie zainteresuje, raczej skłania mnie do zakupu jej fizycznego nośnika. Tak było m.in. w przypadku “Wolnej Kultury”, której dwa egzemplarze nabyłem w standardowej formie książkowej (jeden sprezentowałem). Zatem sieć może być świetną formą promocji dla literatury drukowanej. Bo książka w ręku to zupełnie inna sprawa niż gapienie się w nieporęczny ekran.

    Uważam, że książki udostępniane za darmo w sieci do użytku niekomercyjnego mogłyby się przyczynić do wzrostu czytelnictwa, a także umożliwić tym, którzy nie mają pieniędzy na ich zakup, dostęp do nowości i wartościowych publikacji. Jestem zwolennikiem darmowej publikacji w sieci zwłaszcza w przypadku książek naukowych, pisanych przez naukowców opłacanych z publicznych pieniędzy.

    Likwidacja prawa autorskiego rozwiązałaby być może problem umożliwienia dostępu do wiedzy wszystkim, którzy mają dostęp do sieci. A Może rozwiązaniem byłaby nie likwidacja, ale umożliwienie wszystkim na korzystanie w celach niekomercyjnych, z pozostawieniem autorom, którzy sobie tego życzą wyłącznych praw do komercyjnego wykorzystywania utworów (nie pozbawiamy ich wówczas pieniędzy na pędzle, maszyny do pisania, mieszkanie i żywność, o co się wcześniej upomniałaś). Ale to kwestia do długiej dyskusji i warto o tym rozmawiać, nawet o radykalnych propozycjach. Bo pogłębiający się podział na biednych i bogatych doprowadzi do tego, że biednych nie będzie stać na dostęp do wiedzy, chociaż dzisiejsza technologia pozwala na dzielenie się całą ludzką wiedzą. Nie wystarczą tylko inicjatywy w rodzaju “laptop za 100$”, bo może się okazać, jak przytaczał m.in. Castells,że komputery będą służyć tylko do spisywania historii upadku np. biednych krajów afrykańskich.

  12. W kwestii literatury naukowej, dofinansowywanej przez instytucje naukowe i wydawanej z założenia nie dla zysku, Twój postulat udostępniania jej w postaci cyfrowej jest, jak sądzę, dość realny. Jakiś czas temu jakiś minister chciał osobiście ustalać ceny podręczników szkolnych, więc idea zupełnie darmowych e-booków zapewne zostałaby tym radośniej podchwycona ;>

    Jednak likwidacja prawa autorskiego brzmi groźnie. Kluczowym stwierdzeniem w części dotyczącej majątkowych praw autorskich jest bowiem to, że autor ma prawo do wynagrodzenia. To dość prosta deklaracja, w końcu autor też człowiek, a w krajach cywilizowanych człowiek zazwyczaj ma prawo do wynagrodzenia za swoją pracę. W krajach mniej cywilizowanych oczywiście wciąż istnieje niewolnictwo, czyli przymusowa praca bez wynagrodzenia. Ale niewolnictwo źle się kojarzy, z tym się chyba zgodzisz.

    Pisanie jest pracą; także pisanie książek rozrywkowych (fantastyka, sensacja, kryminały, romanse, etc.). Przyznam, że koncepcja korzystania komercyjnego (płatnego) i niekomercyjnego (darmowego) z książki beletrystycznej wydaje mi się dosyć absurdalna. No i zabawna – a to dlatego, że obecna praktyka (efekt gospodarki rynkowej) jest dokładnie odwrotna. Recenzenci, piszący recenzje z książek dla czasopism i otrzymujący za to wierszówkę, dostają od wydawców egzemplarze recenzenckie za darmo. Czytelnicy, chcący przeczytać książkę dla rozrywki (czymże innym jest bowiem czytanie beletrystyki, jeśli nie rozrywką) muszą korzystać z płatnych egzemplarzy. Tyle, że recenzentów otrzymujących te darmowe egzemplarze jest kilkudziesięciu, a czytelników – kilka tysięcy. Odwrócenie proporcji płatności-bezpłatności spowodowałoby natychmiastowe zamknięcie wszystkich wydawnictw.

    Piszesz: “w przypadku książek jest tak, że opublikowanie ich za darmo w internecie nie sprawia, że nikt ich nie kupuje (domyślam się, że jest tak również w przypadku muzyki).” Cóż, przy nakładzie 2000-3000 egz. (standardowy nakład debiutu polskiego prozaika) darmowe udostępnienie tekstu w Internecie kompletnie zabiłoby sprzedaż – autor nie dostałby żadnego honorarium i nie napisałby już kolejnej książki, a nawet gdyby napisał, żadne wydawnictwo by jej nie opublikowało, skoro sprzedaż pierwszej była totalną porażką. Nakłady powyżej 10 tys. mają obecnie tylko niektórzy, najpopularniejsi (żyjący) polscy autorzy literatury rozrywkowej. Można ich policzyć na palcach.

    “Może rozwiązaniem byłaby nie likwidacja, ale umożliwienie wszystkim na korzystanie w celach niekomercyjnych, z pozostawieniem autorom, którzy sobie tego życzą wyłącznych praw do komercyjnego wykorzystywania utworów” – albo ja, albo Ty, czegoś tu nie rozumiemy. Przecież teraz autorzy, którzy sobie tego życzą, mogą udostępniać swoje dzieła za darmo. Ĺťadne prawo im tego nie zabrania. A pozostali najwidoczniej jednak życzą sobie otrzymywać wynagrodzenie za swoją pracę. Być może nawet chcieliby na niej zarabiać. Nie tylko mieć co jeść, ale kupić sobie samochód… dom z ogrodem… wyjechać na wakacje gdzieś w ciepłe kraje… BTW: jest takie powiedzenie, że pisarza od grafomana odróżnia to, że grafoman pisze dla samej radości pisania, a pisarz – dla pieniędzy.

    “Bo pogłębiający się podział na biednych i bogatych doprowadzi do tego, że biednych nie będzie stać na dostęp do wiedzy, chociaż dzisiejsza technologia pozwala na dzielenie się całą ludzką wiedzą.” To zapewne prawda. Ale ani pisarze ani wydawnictwa nie są temu winne. Upadek wydawnictw i drastyczne zmniejszenie liczy piszących pisarzy tego niekorzystego zjawiska nie powstrzyma.


Leave a comment


No trackbacks yet.