Myśleć jak komputer czyli o wpływie mediów elektronicznych na strategie poznawcze
Niektóre technologie są w stanie totalnie przeobrazić rzeczywistość. Samochody i samoloty uczyniły świat mniejszym, gdy w ciągu godziny możemy przemierzyć setki kilometrów. Pismo sprawiło, że czas i przestrzeń przestały ograniczać możliwość komunikowania się z innymi ludźmi. Przykłady można mnożyć. Czyż w upadku średniowiecznej potęgi Kościoła Katolickiego nie miał swojego udziału wynalazek druku? Czyż rewolucja przemysłowa nie zmiotła starych podziałów społecznych (wprowadzając na ich miejsce nowe)? Trzeba jednak pamiętać, że najistotniejsze zmiany technika wprowadza nie w naszym otoczeniu, lecz w nas samych. Kształtuje procesy rozumienia, myślenia i wyrażania, otwiera przed nami nowe przestrzenie dyskursu, i zarazem wyznacza zakres możliwych do odnalezienia odpowiedzi. W niniejszym tekście pokażę to, jak nasz sposób myślenia zmienia się pod wpływem obcowania z technologiami cyfrowymi.
Komputery wkroczyły w nasze życie niosąc bogactwo ułatwień i nowych możliwości. Są przy tym wynalazkiem, który ma w sobie potencjał by spowodować zmiany, z którymi równać może się tylko rewolucja pisma. Pewne cechy mediów cyfrowych sprawiają, że ich wpływ na nasze umysły jest wyjątkowo potężny.
Przede wszystkim należy podkreślić innowacyjne podejście do przechowywania danych - wszystkie one zostają przetworzone formę cyfrową. Digitalizacji można poddać w równym stopniu tekst, obraz, dźwięk czy film. Tak powszechna cyfryzacja naszej kultury sprawia, że komputer staje się uniwersalnym interfejsem, pośrednikiem pomiędzy człowiekiem a światem kulturowym. Komputer okazał się medialnym odpowiednikiem klucza francuskiego -- uniwersalnym środkiem komunikacji.
Jednolita płaszczyzna cyfrowa pozwala przechowywać niemal wszystkie wytwory kultury. Sieć już teraz jest ogromną biblioteką plików tekstowych i multimedialnych. Pamięć staje się nam coraz mniej potrzebna. W Platońskiej opowieści Tamuz oskarżał pismo o sprawienie, że wiedzę zaczniemy gromadzić na papierze zamiast w sobie. Co powiedziałby teraz, gdy komputeryzacja wzmocniła ten trend? Średniowieczni studenci uczyli się na pamięć całych ksiąg. Druk obniżył ceny ksiąg i ostatecznie sprawił, że pamięć nie musiała być już tak obciążana, a i notatek studenci musieli robić mniej -- zawsze można było sięgnąć do źródła. Studenci dwudziestego wieku już nawet nie muszą czytać tekstów -- wystarczy, że zrobią kserokopię, albo znajdą w Internecie odpowiednie opracowanie. Biblioteki oraz sieciowe bazy danych gromadzą wiedzę za nas.
Rola komputerów nie ogranicza się jednak wyłącznie do pamiętania. Biorą też one czynny udział w przetwarzaniu informacji. Coraz doskonalsze wyszukiwarki, coraz sprawniejsze "boty" wyszukają pożądane przez nas treści i porządkują je w zadany sposób. Umiejętność przeprowadzenia kwerendy bibliotecznej przestaje być niezbędna skoro moc obliczeniowa komputerów gwarantuje nadludzką szybkość i skuteczność poszukiwań. Komputery przechowują, pamiętają, udostępniają. A przy tym towarzyszą nam w codziennych działaniach, w pracy, w komunikacji z innymi. Tak potężna i wszechobecna technologia musi nas kształtować. Nasz nieustanny kontakt z komputerowym interfejsem sprawia, że dopasowujemy się do jego wymogów. Tworzymy narzędzie, które później przetwarza nas samych.
Cyfrowe myślenie
Żyjemy uwikłani w media komputerowe. Poprzez nie doświadczamy świata, poprzez nie obcujemy z kulturą i innymi ludźmi. A one powoli, krok po kroku, zmieniają nasz sposób myślenia. Nie wprowadzają spektakularnych, rewolucyjnych zmian. Przebudowują nasze umysły tak, jak woda drąży skałę. Jak pisał Marshall McLuhan media są przedłużeniem naszych zmysłów, przez to stają się nieomal częścią nas samych. A multimedialne ze swej natury komputery nie dostarczają wyłącznie pożywki dla oczu.
Prezentacja multimedialna może być, i często jest, wzbogacona efektami dźwiękowymi -- przemawia to bezpośrednio do słuchowego systemu reprezentacji. A przy tym komputery są interaktywne, co skłania nas do działań fizycznych (najczęściej przy użyciu myszki lub klawiatury), które pobudzają kinestetyczny system reprezentacji. Dzięki temu komputery stały się przedłużeniem naszego układu nerwowego w znacznie większym stopniu, niż jakiekolwiek wcześniejsze medium. To pozwala im narzucać struktury i formy naszym myślom.
Sekwencyjność i algorytmiczność
Pod powierzchnią znanych nam narzędzi komputerowych kryją się programy -- algorytmy działania, realizowane sekwencyjnie, krok po kroku. Trzeba tu podkreślić różnicę pomiędzy linearnością pisma a sekwencyjnością cyfrowych mediów. Tekst spisany bądź też wydrukowany na papierze prowadzi zwykle jedną tylko drogą. Czy to przewijając zwój, czy przewracając kolejne stronice poruszamy się w ściśle określonej kolejności -- czytamy, jak kiedyś mawiano -- od deski do deski. Ale "lektura" programu komputerowego nie jest tak jednokierunkowa. Możliwe są skoki po całej strukturze, pomijanie pewnych fragmentów lub ich wielokrotne powtarzanie. Droga, którą wędrujemy, może być za każdym razem inna.
Podobnie program rzadko narzuca nam kolejność wykonywanych działań. Prezentuje nam dostępne opcje, które możemy wykorzystać we własnym porządku. Możemy mieć tu złudzenie wolności, należy jednak pamiętać, że choć zwiedzana struktura jest duża, to jednak pozostaje ograniczona. Poruszamy się po Borgesowkim ogrodzie o rozwidlających się ścieżkach, którego struktura nie jest jednak nigdy zupełnie otwarta. I choć granic wyznaczonych przez twórcę programu nie sposób przekroczyć, i tak stopień swobody oferowanej odbiorcy jest tu dużo większy, niż w przypadku mediów tradycyjnych.
Hipertekstualność i hipermedialność
Stopień swobody budowany przez sekwencyjność mediów cyfrowych został wzmocniony pojawieniem się hipertekstualności. Marzeniem Teda Nelsona, twórcy Xanadu -- jednego z pierwszych systemów hipertekstu, było odrzucenie tradycyjnego porządku narracji, linearnych nawyków czytelników i pisarzy. Pragnął stworzyć taką strukturę tekstu, która dałaby czytelnikowi pełną swobodę. Zamiast sztywnej hierarchii rozdziałów i podrozdziałów, zamiast niezmiennej kolejności stronic książki, otrzymalibyśmy pajęczynę wzajemnych powiązań, oferującą nieskończony labirynt znaczeń. Tak narodził się hipertekst, ulepiony z małych fragmentów (leksji) splecionych siecią hiperłączy.
Najczęściej spotykaną formą hipertekstu jest sieć WWW (która zdaniem Nelsona jest mocno kulawą realizacją jego idei). Wędrując po stronach globalnej pajęczyny tracimy świadomość granic tekstu czy jego położenia przestrzennego. Właściwie z każdego miejsca możemy przejść do dowolnego innego miejsca, ograniczeni tylko własnymi decyzjami. Naturalnie nasza kultura i tradycyjne teksty zawsze były w pewnym stopniu hipertekstowe. Spis treści, indeks, cytat ? to wszystko są środki wyrywające nas z linearnej struktury kodeksu. Jednak dopiero komputeryzacja, wraz z oddzieleniem bazy danych od warstwy prezentacji, uczyniły hipertekst powszechnym. I dopiero wówczas zaczął on przeobrażać naszą myśl.
Fragmentaryczność/encyklopedyczność
Hipertekstowość wnosząc nową, swobodniejszą strukturę spowodowała równocześnie rozdrobnienie naszej wiedzy. Leksje, będące podstawowymi jednostkami hipertekstu, stanowią zwykle zamkniętą, samodzielną całość. Są przy tym raczej zwięzłe -- z reguły optymalna jest taka ilość tekstu, która mieści się na jednym ekranie. Ludzie nie lubią czytać z ekranu komputera długich tekstów. Znacznie częściej tylko skanują ekran wzrokiem, poszukując interesujących ich informacji. Gruntowne czytanie staje się rzadkością.
Takie koncentrowanie się na informacji wydaje się charakterystyczne dla myślenia cyfrowego. Tracą swe fundamentalne znaczenie narracje i logicznie uporządkowane łańcuchy myśli. Zamiast tego otrzymujemy drobne cząstki, które sami porządkujemy w procesie lektury. I rzeczywiście w Sieci łatwo znaleźć dowolną informację. Niestety dużo trudniej znaleźć wiedzę na temat powiązań pomiędzy poszczególnymi danymi. Może wydawać się to nieco paradoksalne, skoro hiperłącza są w stanie wskazać takich połączeń więcej, niż linearny druk. Po prostu w oceanie możliwości gubią się ściśle wytyczone szlaki. Czas uprzywilejowanych narracji przemija. Nazywam to encyklopedycznością ? internet zastępuje klasyczne encyklopedie, tworząc ogromny zbiór danych. Jednak nie porządkuje ich. To zadanie pozostawiając odbiorcom. I dobrze to, i źle zarazem. Dobrze, bowiem wymusza aktywny udział w procesie przetwarzania wiedzy. Odbiorca sam musi uporządkować treści, nadać im własny sens. Źle jednak, że nieprzygotowany czytelnik może się zagubić w gąszczu informacji i nigdy nie dostrzeże istotnych połączeń. Popularność krzyżówek i teleturniejów, które także testują znajomość faktów i danych, a nie ich powiązań, wydaje się kolejnym symptomem fragmentaryzacji wiedzy.
Wielowątkowość/multitasking
Komputer z łatwością radzi sobie z robieniem kilku rzeczy równocześnie. Pisząc niniejszy tekst w edytorze tekstu, równocześnie mam uruchomioną przeglądarkę internetową, słucham muzyki, a w tle działa system operacyjny z mnóstwem podprogramów. Wszystko to działa równocześnie. Taką zdolność wykonywania kilku programów równocześnie zwykło się nazywać wielowątkowością. Podobną wielowątkowość możemy odnaleźć we własnych działaniach. Na przykład w mojej przeglądarce internetowej mam w tej chwili otworzonych pięć różnych stron internetowych. Gdy jedną czytam, inne się wczytują. Można powiedzieć, że czytam -- czy raczej przeglądam -- pięć stron równocześnie, w tym samym czasie pisząc niniejszy artykuł. Oto przykład prostej wielowątkowości. Metafora wielowątkowości pozwala uchwycić kolejny charakterystyczny rys myślenia cyfrowego. Jesteśmy nieustannie zalewani informacjami, których nie jesteśmy w stanie przyswoić i przetworzyć. Dlatego też zaczynamy robić kilka rzeczy równocześnie, co pozwala sprawniej poruszać się w hiperprzestrzeni wiedzy encyklopedycznej.
Dzięki wielowątkowości potrafimy szybciej znaleźć potrzebne informacje, odsiać przysłowiowe ziarno od plew. Zdecydowana większość stron internetowych nie jest wiarygodnym źródłem informacji. Wyszukiwarka zapytana o słowo kluczowe wskazuje nam wiele stron, na których poszukiwana fraza występuje, ale nadal nie potrafi ocenić sensowności tekstu. Dlatego też niezbędna jest umiejętność szybkiego odrzucenia niepożądanych odpowiedzi. Szybkie, równoczesne przejrzenie wielu stron pozwala szybko stwierdzić, nad którymi warto zatrzymać się na dłużej. Multitasking usprawnia także obcowanie z hipertekstami. Pozwala nam szybko ocenić kilka opcjonalnych ścieżek i zdecydować się na tą, która wydaje się najodpowiedniejsza.
Obcując z hipertekstową, fragmentaryczną wiedzą, uczymy się wielowątkowości, równocześnie jednak tracimy zdolność do koncentracji na narracjach. Dzieciom internetu coraz trudniej jest śledzić dłuższą opowieść -- niezależnie do medium, w którym jest podawana. Śledzenie uporządkowanej narracji książkowej wymaga od nich ogromnego wysiłku. Przystosowując się do mediów cyfrowych, gubią wcześniejsze uwarunkowania. I nie są tu już w stanie pomóc nauczyciele języka polskiego, którym coraz trudniej zmusić uczniów do przeczytania dłuższej niż kilka stron lektury.
Podsumowanie
Sekwencyjność komputerów przyzwyczaja nas do śledzenia alternatywnych ścieżek, co wytwarza hipertekst, wraz z jego fragmentaryczną encyklopedycznością. Wielowątkowość staje się naturalną obroną na zalew cząstkowych informacji nie powiązanych w spójne ciągi logicznych wnioskowań czy narracji. Częsty kontakt z takim tekstem kształtuje nasze nawyki myślowe -- obcowanie z nowymi mediami sprawia, że się do nich dopasowujemy. Coraz trudniej te zmiany ignorować, a rolą filozofa jest je śledzić. Zwłaszcza, że znajdujemy się w szczęśliwej sytuacji. Zwykle trudno obserwować przemiany, w których sami uczestniczymy ? brakuje nam dystansu. Tym razem jednak jest inaczej, znajdujemy się bowiem na granicy dwóch światów. Dzisiejsi badacze zostali wychowani w świecie druku, przeczytali mnóstwo książek, napisali własne, kształcili się w akademickim środowisku -- wszystko to sprawia, że przeniknięci są technologią pisma. Równocześnie jednak wrastają w media elektroniczne -- uczą się ich reguł, piszą na komputerze, czytają teksty z ekranu. Jest im bliżej do pisma, niż kolejnym pokoleniom; jest mi bliżej do cyfrowości, niż pokoleniom minionym. Stojąc rozdarci między pismem a cyfryzacją, na obie te sfery mogą patrzeć z boku. Ważne jest byśmy nie przeoczyli właściwego momentu.
Niniejszy artykuł ledwie sygnalizuje problem. Moim celem było zwrócenie uwagi na subtelne oddziaływania technologii cyfrowych na nasz styl myślenia. Takiej rewolucji nie spowodowały wcześniej żadne nowe media -- ani radio, ani kino, ani telewizja nie miały okazji tak gruntownie przebudować naszej świadomości. Ale technologie cyfrowe są medium uniwersalnym, swoistym metamedium które pośredniczy w naszych relacjach z pozostałymi mediami. Przez to ich obecność jest wyjątkowo znacząca i -- jak sądzę -- mogą się one okazać równie mocnym wpływem na nasze życie intelektualne, jak pismo. Dziś liniowa logika tradycyjnego tekstu zastępowana jest otwartą i wielokierunkową strukturą hipertekstu. Jednolitość narracji tekstu znika pod naporem sekwencyjności i wielowątkowości. Wielkie opowieści ery druku są rozbijane na niezależne fragmenty, które czekają w bazach danych na odpowiednie ustrukturyzowanie. I choć pismo wciąż pozostaje fundamentem naszego systemu edukacji, wciąż służy budowania nauki, zmiany są nieubłagane. Warto ich wyczekiwać i uważnie je śledzić. Przecież niezależnie od używanych narzędzi, pragniemy po prostu rozumieć siebie i świat.
[Powyższy tekst ma swoją historię. Napisany kilka lat temu, gdzieś wygłoszony, potem zapomniany. Ostatnio po drobnych przeróbkach oddany pismu Prolibris (Nr 3/28 2009), a tu umieszczony na fali ostatnich uzupełnień.]

October 29th, 2009 - 01:35
Bardzo dobry artykuł, tym bardziej, że jak sam napisałeś, raczej sygnalizuje problem i można z niego wiele wyciągnąć. Przykładowo można pójść w stronę projektowania atrakcyjnych stron internetowych, skutecznych metod nauczania albo socjologiczną analizę wpływu opisanych zjawisk na relacje międzyludzkie.
Akurat mnie jako studenta (nie Twojego;) najbardziej interesuje to drugie. Nie oszukujmy się, wiedza dzisiaj nie jest niczym elitarnym ani specjalnie atrakcyjnym. Kilka kliknięć i mamy dostęp do ogromnej bazy danych z każdej dziedziny. Dlatego liczą się umiejętności, umiejętności, umiejętności…
October 29th, 2009 - 21:03
Granica między wiedzą a umiejętnością robi się coraz bardziej rozmyta. Znam takich, którzy biegle posługują się googlem i tym podobnymi, a nie potrafią merytorycznie ocenić wartości informacji czy powiązać odpowiednich faktów. Znam takich, którzy wiedzę mają ogromną, ale encyklopedia Internetu jest dla nich niedostępna. Myślę, że poznawanie i rozumienie jest złożonym procesem, angażującym równocześnie wiedzę i umiejętności. Nie rozdzielisz.
Zgadzam się natomiast z tym, że metody nauczania i ogólniej — strategie poznawcze — zmieniają się i trzeba się dostosowywać. Dotyczy to nie tylko studentów i nauczycieli, ale wszystkich. Dosłownie. No ale to temat rzeka. :)
October 30th, 2009 - 13:34
Ciekawe, czy możnaby, poprzez analizę zachowań sieciowych, rozwoju technologii, powiedzieć, jak w przyszłości będzie wyglądał świat, jaki znać będą przyszłe pokolenia? Czy mamy się bać świata neuromancera? Czy raczej będzie to świat statku Enterprise?
October 31st, 2009 - 13:05
W przewidywanie przyszłości to ja bym się nie bawił. Futurologia jest trudna. Jednak z pewnością można pospekulować i wskazać parę kulturowych trendów. Nie wiem, czy świat idzie w stronę neuromancera albo treków. Obawiałbym się raczej Nowego Wspaniałego Świata. W środowisku, które wszystko nam ułatwia — szybkiej i prostej wiedzy, wirtualnych umiejętności, bezwysiłkowej rozrywki, będziemy musieli włożyć naprawdę dużo pracy w to, by się rozwijać jako ludzie. Zbyt łatwo przyjdzie odpuszczanie sobie kreatywności, realizacji trudniejszych celów, itp. I będziemy pozwalali na to, by nas lepiono, dla cudzych potrzeb…