blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

1Dec/063

Jamendo – bo twórczość chce być wolna

Tyle się mówi o wolnej kulturze, swobodnych licencjach i artystach, którzy tak bardzo pragną zostać odnalezieni i dostrzeżeni, że gotowi są oddać swą twórczość za darmo. W praktyce jednak nadal sprowadza się to głównie do nielegalnego ściągania z sieci p2p dzieł "zamkniętych", gromkiego narzekania na RIAA, MPAA, ZAIKS i tym podobne organizacje oraz nieustannego mylenia "wolnego" z "darmowym".

Nadal zwalcza się technologie p2p jako służące do popełniania przestępstwa. Wytacza się kolejne procesy, zwalcza kolejne sieci i programy. Jest pretekst, bo wciąż służą one do nielegalnego ściągania muzyki, filmów, książek itp. Niewielu zwraca uwagi na wielkie zalety p2p, takie jak choćby rozproszenie obciążenia sieci. Bo przecież p2p to ostoja przestępców.

Nadal o darmowym rozdawaniu twórczości mówią i piszą przede wszystkim konsumenci, a nie twórcy. Konsumenci, którzy uważają, że im się po prostu należy. Konsumenci, którzy usprawiedliwiają to, że sciągają tym, że przecież także udostępniają -- nic to, że cudzą twórczość. Dlatego stowarzyszenia zarządzające prawami autorskimi będą zawsze mogły krzyczeć, że twórcy pragną ochrony prawnej.

ONI po prostu mają rację.

I właśnie dlatego kibicuję takim projektom jak Jamendo. Serwis uruchomiony przez czworo Francuzów udostępnia muzykę. Wolną i darmową muzykę, publikowaną przez twórców na wolnych licencjach, takich jak Creative Commons czy Licence Art Libre. Obecnie 784GB muzyki można przesłuchać na stronie lub też ściągnąć na dysk za pośrednictwem oprogramowania typu BitTorrent czy eMule. Wszystko dostępne w formatach mp3 i ogg. Oddane przez twórców prosto w ręce odbiorców, którzy mogą odwdzięczyć się na kilka prostych sposobów -- mogą przelać skromną sumkę prosto na konto wybranego twórcy, zrecenzować jego twórczość, promować go na swoim blogu. Wszystko według chęci i możliwości.

Naturalnie nie znajdziemy tam wielkich przebojów wielkich gwiazd. Ale można odkryć trochę ciekawej muzyki z całego świata, także z Polski (choć jeszcze niewiele). Wszystko w oparach Web2.0 -- z rosnącą społecznością, chmurkami tagów i całym tym zgiełkiem. No i od miesiąca także po polsku.

Zajrzyjcie, zobaczcie jak urzeczywistniają się piękne idee i wspierajcie. Ściągnijcie trochę tej muzyki i ją właśnie udostępniajcie w swoich programach p2p. Niech wielkie firmy wreszcie zrozumieją, że świat się zmienił i to one musza się dostosować.

Tagged as: 3 Comments
30Nov/067

Serwisy informacyjne (i inne programy rozrywkowe…)

Ostatnio na jednych z moich zajęć doszło do małej dyskusji na temat serwisów informacyjnych. Okazuje się, że wielu studentów/ludzi wciąż jeszcze traktuje Wiadomości, Informacje czy Fakty jako źródło wiadomości, informacji czy faktów. Jako źródło wiedzy ogólnie mówiąc. A przecież gdy przyjrzeć się podstawowym mechanizmom działania telewizji, sprawa okazuje się oczywista.

Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że każda stacja telewizyjna, niezależnie od tego czy jest publiczna czy prywatna, ma misję: Zarobić Dużo Pieniędzy. Celem nie jest zbawianie ludzkości, dostarczanie rozrywek, edukowanie czy uświadamianie polityczne. Celem jest zarabianie pieniędzy.

Podstawowym źródłem dochodów stacji telewizyjnych są reklamodawcy. Aby skłonić reklamodawcę do tego, by dał stacji telewizyjnej Dużo Pieniędzy, należy mu zaoferować towar. Towarem są sprzedawani hurtowo telewidzowie, ich uwaga, czas poświęcony na wpatrywanie się. Stacje telewizyjne sprzedają reklamodawcom czas i uwagę telewidzów. Telewidzowie oczywiście nie dostają swojej działki z tej transakcji, choć to ich czas i ich uwaga jest tu sprzedawana. Ale czy sprzedana na targu ryba domaga się procentu od ceny, w zamian za czas poświęcony na połknięcie haczyka? Podobnie i widz nie domaga się pieniędzy za to, że haczyk przeżuwa. Całe piękno tego biznesu polega na tym, że jednego widza można sprzedać wielokrotnie i to nie tylko reklamodawcom, lecz również politykom na przykład.

Skoro stacja telewizyjna sprzedaje widzów, to musi ich złowić. Haczykiem jest szeroko rozumiana rozrywka. Łapie się zatem rybki na takie programy rozrywkowe jak teleturnieje, seriale, filmy, sport czy wreszcie serwisy informacyjne. Zasada w każdym przypadku jest dokładnie taka sama -- należy wyemitować takie programy, które przykują do ekranu odpowiednio wyprofilowaną grupę odbiorców, a następnie (lub w trakcie) pokazać im reklamy. Każdemu reklamodawcy można wtedy sprzedać odpowiedni "target". Mydlana opera przyciąga kobiety. Teleturnieje przyciągają intelektualistów i krzyżówkowiczów. Filmy przyciągają wszystkich. A serwisy informacyjne, przyciągają tzw. świadomych obywateli, mężczyzn (zazwyczaj) lubiących wiedzieć co się dzieje na świecie.

Należy jednak pamiętać o tym, że serwisy informacyjne wcale nie mówią o tym, co się dzieje na świecie. Wręcz przeciwnie. To co się dzieje na świecie jest przeraźliwie nudne, banalne i obrzydliwie wręcz niemedialne. A zatem przeprowadza się ostrą selekcję, pokazując tylko, co może przykuć uwagę telewidzów. Gdyby wierzyć dziennikom, okazałoby się, że na świecie są tylko wypadki, katastrofy, oszustwa, tragedie i politycy (też macie wrażenie, że polityków wymieniłem więcej niż raz?). To bardzo nierzeczywisty obraz świata, ale też nie o prawdę tu przecież chodzi. To przecież tylko rozrywka. Dziennikarze będą nam wprawdzie wmawiać, że to wszystko jest ważne, że kapitalne znaczenie w naszym życiu ma to, czy premier dziś kocha swoich wicepremierów czy też mają ciche dni, że ważne jest jaka pogoda jest na południu Stanów Zjednoczonych. A to wszystko medialna fikcja, mająca na celu przykucie do telewizora kolejnego widza.

Serwisy informacyjne, podobnie jak pozostałe typy programów rozrywkowych, rządzą się prawami zabawy, a nie prawdy. Obraz świata prezentowany w Wiadomościach jest równie rzeczywisty, jak obraz świata w wenezuelskiej telenoweli. Dyskusje o tym, czy bardziej rzetelne są Fakty czy Informacje, mają równie wiele sensu, co dyskusje o tym, która kandydatka na miss jest piękniejsza -- temat jest fascynujący, ale i zupełnie nieistotny. Zatem emocjonujcie się wiadomościami, dyskutujcie o nich, rzucajcie mięsem w gwiazdy serwisów, ale... nie wierzcie w to wszystko. To tylko entertainment.

25Nov/068

O pułapkach specjalizacji

Nasze przetrwanie i dominację naszego gatunku na Ziemi zawdzięczamy zdolności przewidywania. Zgadywania, co stanie się jeśli... Dało to ludziom tak ogromną przewagę nad innymi zwierzętami, że mimo swoich gatunkowych słabości, wdarliśmy się na sam szczyt łańcucha pokarmowego. Po dziś dzień przewidywanie jest kluczem do sukcesu, tak w biznesie, czy przemyśle, jak i w codziennym życiu.

Przewidywanie przyszłości nie jest zadaniem łatwym. Wielu próbowało przewidzieć przyszłe losy ludzkości. Jeszcze liczniejsi wyznaczali sobie skromniejsze cele i usiłowali odgadnąć dalszy los jednego człowieka, wynalazku czy pomysłu. Większość poniosła sromotną porażkę, a ich proroctwa budzą dziś jedynie uśmiech politowania. Według znanej anegdoty trzydzieści lat temu fachowcy z IBM ocenili zapotrzebowanie rynku na komputery na jakieś 8 sztuk rocznie, a dziś są one wszechobecne. Tajemniczy Ginger, długo promowany jako wynalazek, który zrewolucjonizuje nasze życie, okazał się kompletnym niewypałem -- niepraktycznym pojazdem na dwóch kołach, widocznym od czasu do czasu jedynie na polach golfowych. Po pierwszych sukcesach kosmicznych wierzono, że jeszcze w XX wieku wylądujemy na Marsie, a tymczasem mamy kłopot z utrzymaniem stałej bazy dużo bliżej -- na orbicie okołoziemskiej. Niezliczone są niespełnione przepowiednie.

Odgadywanie przyszłości okazuje karkołomnym zadaniem z wielu przyczyn. Przede wszystkim nadal brakuje nam umiejętności ogarnięcia wszystkich zmiennych. Tak wiele czynników należałoby uwzględnić, aby sensownie przewidzieć bieg wydarzeń, a - jeśli wierzyć psychologom -- przeciętny ludzki umysł jest w stanie śledzić w danym momencie jedynie 5 równoległych wątków. Wprawdzie nasze skromne możliwości obliczeniowe możemy rozszerzyć korzystając z komputerowych protez, ale i tych nie starcza. Z jednej strony stajemy bowiem wobec problemu ucyfrowienia naszych danych, przetłumaczenia ich na dyskretne wartości zrozumiałe dla komputera, a to zmusza nas do przybliżeń i kompromisów. Z drugiej strony, klauzula ceteris paribus każe się zastanawiać nad tym, jaki ważny składnik systemu przeoczyliśmy. Przecież nawet drobny i pozornie nieznaczący element czy też minimalne zaokrąglenie wartości, może spowodować kompletne rozejście się naszych przewidywań z rzeczywistością. Opisany przez Lorenza efekt motyla pojawia się zawsze tam, gdzie mamy do czynienia z długim okresem czasu lub wielką liczbą powtórzeń.

Oczywiście niezmordowanie poszukujemy nowych modeli naukowych, pozwalających zgadywać z rosnącym prawdopodobieństwem. I mamy sukcesy. Statystyka, teoria gier, teoria chaosu i wiele innych -- wszystkie one sprawdzają się, w ograniczonym zakresie, w odniesieniu do konkretnej grupy problemów. Gdy jednak wkraczamy w skalę ogólniejszą, na przykład w obszar tego co zwykło nazywać się kulturą, nasze szanse gwałtownie maleją. Nie tylko dlatego, że rośnie liczba zmiennych, bo znacznie poważniejsze kłopoty sprawia nam nie ich ilość, lecz różnorodność. Musimy nagle uwzględnić kontekst technologiczny, medialny, geograficzny, psychologiczny i wiele, wiele innych. Problem ilościowy staje się nagle jakościowy -- i w tym momencie żaden komputer nie jest już w stanie nam pomóc. Gdy mamy do czynienia z tak różnorodnymi danymi, nie jesteśmy ich w stanie zintegrować w jeden system. Nie mamy jednej płaszczyzny teoretycznej, pozwalającej wszystko zrozumieć, czyli uporządkować w spójnym ładzie. Brak nam Ogólnej Teorii Wszystkiego.

Szanse na skonstruowanie jednego systemu integrującego całą naszą wiedzę są znikome. Naukowcy zajmują się bowiem niewielkimi wycinkami rzeczywistości i budują teorie sprawdzające się w odniesieniu do ściśle ograniczonego obszaru przedmiotowego. Ogólna Teoria Względności pozwala opisać zachowanie wielkich mas w makroskali, lecz nijak ma się do "alchemii" cząstek elementarnych. Neurofizjologia doskonale opisuje fizyczne reakcje zachodzące w naszym mózgu, nie jest jednak w stanie dotknąć subtelności ludzkiej duszy, czy choćby tylko rozchwianej psychiki. Tak różnych bajek nie da się pogodzić.

Ale najtrudniejszą do pokonania barierą okazuje się czynnik ludzki. Mamy rzesze specjalistów, którzy znają się na ekonomii, komputerach, marketingu, biochemii i niezliczonych innych dziedzinach. Brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie zrozumieć ich wszystkich równocześnie. Czas ludzi renesansu już dawno minął, i nie ma już tych, którzy byli zdolni ogarnąć całość ludzkiej wiedzy. Nie tylko ze względu na jej ilość.

W słynnym eseju o dwóch kulturach, C. P. Snow narzekał na brak porozumienia pomiędzy przedstawicielami nauk humanistycznych i ścisłych. Twierdził wręcz, że żyją oni jak w dwóch osobnych światach, które mają coraz mniej punktów stycznych. Typowy humanista nie lubił w szkole matematyki, a bez tego nie ma szans w pełni pojąć osiągnięć najnowszej fizyki. Podobnie typowego ścisłowca nudzą lektury szkolne, a dyskusje o wartościach są dla niego nudnym bełkotem. Ci pierwsi nie mają pojęcia jak działają otaczające ich zewsząd urządzenia, takie jak telewizor czy komputer. Ci drudzy zamknięci w laboratoriach, nie dostrzegają konsekwencji swych własnych pomysłów. Przepaść rośnie z każdym dniem i z każdym wynalazkiem, a zamiast nadziei na porozumienie mamy nieustające wojny i przepychanki.

Humaniści porównują nauki ścisłe do magii -- wszakże obie posługują się sekretnymi, niezrozumiałymi dla szarego człowieka formułami. Przekonują, że zioła i tańce wioskowych szamanów leczą równie skutecznie, jak dzieła nowoczesnej farmakologii. Podają estetyczne interpretacje dowodów matematycznych, a w swych analizach powołują się na fizykę kwantową czy twierdzenie Gödla, kompletnie nie rozumiejąc ich znaczenia.

Ścisłowcy demaskują bełkot kryjący się za pozornie naukowymi teoriami humanistów -- przykładem może być słynna prowokacja A. Sokala, która stała się przyczynkiem do znanej i w Polsce książki Modne bzdury. Nie widzą sensu pracy filozofa czy filologa, która nie ma przecież praktycznych zastosowań, skoro nie sposób przekuć jej w nową technologię. Zresztą co to za naukowiec, który tylko czyta i pisze, a nie ma własnego laboratorium, w którym przeprowadzałby jakieś prawdziwe badania.

A przecież obecnie sytuacja jest daleko bardziej skomplikowana, niż wtedy gdy Snow pisał swój esej. To, że humanista i ścisłowiec nie znajdują płaszczyzny porozumienia jest dziś truizmem. Gorzej, że coraz częściej i jedni i drudzy przestają rozumieć czym zajmują się ich współwyznawcy. Astrofizyk może mieć problemy ze zrozumieniem osiągnięć kolegi zajmującego się termodynamiką czy chemią kwantową, socjolog zagubi się w pismach psychologa. Filozof analityczny nie dogada się z postmodernistycznym, a fizyk kwantowy z kosmologiem. Niby jeszcze posługują się tym samym żargonem, rozumieją swoje języki, ale już tracą z oczu subtelności. Specjalizacja w naukach posunęła się już bardzo daleko.

Cały nasz system kształcenia oczywiście wspiera specjalizację. Im wyżej w hierarchii szkół, tym jest ona większa. Na poziomie podstawowym uczeń uczy się wszystkiego po trochu. Na średnim zwykle następuje już wybiera swój profil, a najpóźniej w ostatnim roku nauki w liceum musi wiedzieć co zamierza studiować, a zatem jakie przedmioty będzie zdawał na maturze. Nie tylko on, ale i nauczyciele zainteresowani jak najlepszymi wynikami w swej placówce, przymkną oczy na pozostałe przedmioty. Na pierwszym poziomie studiów spotyka się jeszcze przedmioty ogólne, lub niekierunkowe, ale drugi poziom studiów to już wyłącznie nauka jednej dziedziny. Magister jest już dobrze ułożonym specjalistą, a jeśli zamarzy mu się praca naukowa, ten stan będzie się tylko pogłębiać. Dalsze badania wymuszają ograniczenie pola badań. Można powiedzieć, że naukowcy -- chcąc, nie chcąc -- dążą do tego by wiedzieć coraz więcej, o coraz mniejszych fragmentach rzeczywistości, a zatem ostatecznie zmierzają do tego, by wiedzieć wszystko, o niczym. Niezbyt optymistyczny to cel.

Budowanie wiedzy coraz częściej przypomina budowanie mrowiska. Każda mróweczka ma własne, ściśle wyznaczone zadanie i przez całe życie realizuje biologicznie wdrukowany prosty algorytm typu "podnieś to co znajdziesz, idź za innymi, zostaw tam gdzie oni" albo "widzisz swoich -- przepuść, widzisz obcych - zabij". Każda robi swoje, nie mając pojęcia co dzieje się wokół niej, nie zastanawiając się nad celem i zastosowaniami, nad szerszym obrazem. Nie interesuje jej co robią inne mróweczki, skoro wykonuje własną misję najlepiej jak potrafi. I tak powstaje kopiec. Podobnie jest z naszą wiedzą -- naukowcy składają swoje odkrycia na biblioteczny kopiec i doskonale obywają się bez znajomości celu, czy wielkiego architekta. Gromadzimy wiedzę i mamy już naprawdę spory kopiec, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć co się wydarzy poza coraz węższym obszarem jego kompetencji.

A zatem aby skutecznie przewidywać przyszłość potrzebowalibyśmy nieskończonych mocy obliczeniowych, teorii integrujących dorobek poszczególnych nauk oraz ludzi potrafiących poruszać się na tak dużym poziomie ogólności. Pierwszy warunek wydaje się stosunkowo łatwy do spełnienia -- postęp technologii komputerowych obiecuje nam tyle kalkulatorów, ile tylko potrzebujemy. Gorzej z pozostałymi.

Ogólna teoria wszystkiego prawdopodobnie nieprędko powstanie. Różnice w założeniach, metodach i językach poszczególnych nauk stworzyła między nimi nieprzekraczalne otchłanie. Przenikliwą analizę przyczyn takiej niewspółmierności teorii naukowych przedstawił T. Kunh w Strukturze rewolucji naukowych, dowodząc że trudne do pogodzenia różnice pojawiają się nie tylko na płaszczyźnie dowodzenia tez czy definiowania pojęć, ale także na poziomie samego postrzegania świata. Zwolennicy różnych teorii naukowych, inaczej widzą te same zjawiska. Dlatego niektórych teorii nie da się pogodzić, nie mówiąc już o przetłumaczeniu jednej na drugą.

Od czasu do czasu oczywiście rodzi się geniusz poszukujący wielkiej syntezy. Niektórzy próbują napisać naukę od nowa. Inni szukają wspólnej płaszczyzny -- mapę, na której mają swoje miejsce wszystkie nauki próbuje od lat konstruować Ken Wilber. Ale i jego metanaukowa struktura, opisywana w Integralnej teorii wszystkiego nie jest uniwersalna.

Ale nade wszystko powinniśmy kształcić więcej wszechstronnych ludzi. Specjaliści są niezbędni, ale ich wiedza nie przyniesie większego pożytku, jeśli zabraknie kogoś, kto umieści ją w szerszym kontekście. I tu otwiera się pole dla absolwentów studiów interdyscyplinarnych, których wciąż mamy w Polsce niewiele. To także przestrzeń, w której doskonale sprawdzają się studenci filozofii, przyzwyczajeni do ciągłego poruszania się pomiędzy różnymi teoriami, uczeni myślenia jako takiego. Tymczasem wciąż nie udało się przywrócić lekcji filozofii w szkołach średnich, znika też ona z minimów programowych kolejnych kierunków studiów. A właśnie filozoficzna elastyczność myślenia jest niezbędna, by nawigować w chaosie niewspółmiernych teorii, łączyć pojęcia, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego oraz dostrzegać związki, których żaden specjalista nie znajdzie.

W epoce postindustrialnej jesteśmy dosłownie zalewani informacjami przez media, "pijarowców", naukowców i całe nasze otoczenie. A przy tym wszystko zmienia się niezwykle szybko. Ludzie pięć lat temu studiujący "pewny" kierunek, dziś zasilają szeregi bezrobotnych. Ci, którzy przez dziesiątki lat pracowali w jednym zawodzie, nagle zauważają, że ich zawód jest przestał istnieć. I chociaż rzadka specjalizacja wciąż jest atutem cenionym przez rynek pracy, czas uświadomić sobie, że jeśli chcemy rozumieć otaczający nas świat, skutecznie przewidywać nadchodzące wydarzenia i być w stanie reagować odpowiednio szybko -- musimy być wszechstronni i elastyczni. Jak nieustannie przypomina R. A. Wilson -- specjalizacja jest dobra dla insektów!

5May/062

O społeczeństwie nie-E-piśmiennym

Kiedyś w ramach walki o równy dostęp do edukacji, wiedzy i dóbr kultury walczono z analfabetyzmem. Przyjmowano, że jednostka pozbawiona umiejętności nazywanych zbiorczo piśmiennością nie była w stanie sprawnie poruszać się w świecie społecznym, a jej dostęp do kultury pozostawał bardzo ograniczony. Obowiązek szkolny sprawił, że większość obywateli naszego pięknego kraju potrafi czytać i pisać w stopniu przynajmniej podstawowym. Ale dziś to już nie wystarcza.

Mamy szczęście należeć do elity -- tych nielicznych, którzy posiadają komputer, na co dzień korzystają z internetu, żyją informacją. W naszej codzienności komputery zadomowiły się już tak bardzo, że zdarza nam się zapominać, że większość ludzkości z komputera nie korzysta wcale, albo robi to sporadycznie. My uprzywilejowani, my będący online, zapominamy często, że istnieje życie bez komputerów. Ĺťe jeszcze niedawno i w naszym kraju istniało. Ĺťe dla niektórych ludzi wciąż istnieje. Nie radzą sobie z komputerem w pracy, nie używają go w domu, w Sieci nie potrafią odnaleźć poszukiwanych treści. Nie posiadają nawet podstawowych komputerowych umiejętności. A w kraju pełnym komputerów e-piśmienność (czyli zbiór umiejętności niezbędnych do posługiwania się mediami elektronicznymi) staje się coraz bardziej potrzebna, a być może już nawet niezbędna. Tak rodzi się cyfrowa przepaść, pomiędzy usieciowionymi i pozostającymi offline.

Zastanawiam się jak głęboka jest ta przepaść, zwłaszcza tam gdzie mowa o dostępie do kultury. Czy ludzie pozbawieni elementarnych umiejętności związanych z komputerami są w stanie w pełni czerpać z kulturowych dóbr współczesnego świata? Czy też może istnieją już takie obszary kultury, które są dla nie-e-piśmiennych zupełnie niedostępne? Z pewnością powstają już dzieła, których pełna recepcja wymaga szerokiego wachlarza umiejętności medialnych. Pojawiają się narracje intermedialne (takie jak np. Matrix), których nie-e-piśmienni w pełni nie "przeczytają". Rozwija się także literatura hipertekstowa oraz wirtualna sztuka, której jedynym nośnikiem są bity. By w ogóle wkroczyć w te obszary, trzeba być obytym w świecie cyfrowym. Trzeba być człowiekiem e-piśmiennym.

Nie wiem, czy kultura przyszłości będzie bardziej ucyfrowiona. Z pewnością jednak e-piśmienność jest niezwykle ważnym i słabo zbadanym obszarem w edukacji. Bo właściwie kto ma tego uczyć? Szkolni informatycy? Poloniści? A może dzieciaki i bez naszej pomocy opanują - aż za dobrze - wszelkie niezbędne im umiejętności? A może my wszyscy możemy im jakoś w tym pomóx. Mam takie małe marzenie. Skoro blogosfera mogła zrodzić obywatelskie dziennikarstwo, może kiedyś pokusi się o siostrzyczkę - obywatelską edukację. Taką prawdziwą - niezależną, aktualną i skuteczną. Ale o tym śnie napiszę innym razem.

5May/0613

Fake Tool Hoax

Jak niektórzy pewnie wiedzą, odbyła się właśnie światowa premiera nowego albumu przezacnej grupy Tool. Płyta to bardzo oczekiwana, po ponad pięcioletniej przerwie, ale nie o niej będę tu pisał (zanim odważę się na ocenę, muszę się jeszcze osłuchać). Chcę za to zwrócić uwagę na kilka ciekawych zjawisk towarzyszących. Jak to ostatnimi czasy bywa, na dobre dwa tygodnie przed premierą, cały album można już było znaleźć w Sieci. To zaś sprowokowało interesującą falę fałszerstw i przekrętów.

Do fałszywek w sieciach p2p wszyscy są już przyzwyczajeni. Po każdej premierze wywołującej duże zainteresowanie, w sieci roi się od plików podszywających się pod przeboje. I zamiast kolejnego odcinka Harrego Pottera można ściągnąć film zgoła innej natury, z zupełnie innymi czarodziejkami (ale czasem też w okularach). Naturalnie podobnie było z najnowszą płytą Toola. Zamiast niej można było zdobyć albumy rozmaitych, mniej lub bardziej znanych zespołów. Mnie jednak najbardziej ucieszył ciekawy przypadek nowatorskiej autopromocji. W jednym z archiwów udających 10000 Days, można było znaleźć nagrania jakiegoś amatorskiego zespołu. Do plików dołączony był rozczulający liścik z przeprosinami i zachętą do przesłuchania tych utworów. Oto przykład sprawnego wykorzystania mechanizmów sieciowego marketingu. Z łatwością można sobie wyobrazić rzesze ludzi, którzy ściągnęli płytę nikomu nie znanego zespołu. Nawet jeśli ich muzyki posłucha jeden ściągający na dziesięciu, to i tak dotarli do sporego, doskonale wyprofilowanego "targetu".

Sytuację dodatkowo ubarwiał fakt, że zespół Tool znany jest z podpuszczania fanów na wiele rozmaitych sposobów. Przy okazji poprzednich premier zdarzało im się na przykład wypuszczać fałszywe okładki czy listy utworów, co miało zmylić potencjalnych piratów. Fani spodziewali się czegoś podobnego i tym razem. Zatem kiedy tylko gruchnęła wieść o wycieku nowej płyty, natychmiast pojawiły się teorie zgodnie z którą wyciek był kontrolowany, a płyta to tylko zmyłka. Można było natknąć się na kilka wariantów tej opowieści. Czasem dowodzono, że udostępniana w sieciach p2p płyta to tylko wersja demo. Innym razem sugerowano, że to tylko drugi dysk szykowanej edycji dwupłytowej, której premiera odbędzie się dwa tygodnie po premierze oficjalnej. Niektórzy posunęli się wręcz do twierdzenia, że zespół specjalnie nagrał "fałszywe" utwory, by tylko zmylić fanów i piratów. Byłby to z pewnością przekręt godny tego zespołu. Spory wybór takich spekulacji można znaleźć w komentarzach do tego wpisu. Oczywiście gdy nadszedł czas premiery, złudzenia upadły. Okazało się, że nawet Toolowi można zwyczajnie wykraść płytę i przedpremierowo udostępnić ją w Sieci.

Garść komentarzy:

  1. Płyty wyciekają - na to nic się nie poradzi. Uchronienie nagrań do czasu oficjalnej premiery staje się niezmiernie trudne. Zbyt wiele jest słabych punktów w systemie produkcji i dystrybucji. Słowo premiera oznacza dziś jedynie rozpoczęcie oficjalnej sprzedaży czy prezentacji. Warto ten fakt uwzględnić (i wykorzystać) przy planowaniu strategii marketingowej.
  2. Płyta Toola i tak znajdzie wielu nabywców. Głównie dlatego, że w tym przypadku samo opakowanie jest małym dziełem sztuki, a fani szanują zespół.
  3. Fani są bezlitośni, jeśli dostaną towar niezgodny z ich oczekiwaniami. Ludzie, którzy po 5 latach pracy nagrali nową płytę, musieli czuć się dziwnie czytając te wszystkie spekulacje. Czy efekt ich wytężonej, wieloletniej pracy naprawdę wygląda na płytę demo?
  4. Teorie spiskowe wciąż są atrakcyjne. Jednak tym razem fani przekombinowali (chyba, że za dwa tygodnie będzie premiera edycji dwupłytowej), a zespół chyba nie do końca sprostał własnej legendzie.

Mówiąc ogólnie - rynek medialny się zmienia. Nowe narzędzia rozpowszechniania (p2p) wymuszają nowe formy dystrybucji i marketingu. Duże firmy wcześniej czy później to zauważą - pieniędzy do zgarnięcia z rynku wciąż jest dużo. A my musimy przygotować się na nowe formy manipulowania nami. Słowa fake i hoax mają swoje miejsce w słownikach specjalistów od sprzedaży. Czy będziemy umieli się obronić?

Tagged as: , 13 Comments