blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

7Feb/060

Niedojrzali będą ci, którzy nie dojrzeli

McLuhan przewidywał, że media staną się przedłużeniem naszego układu nerwowego - będziemy mogli odbierać więcej bodźców, szybciej je przetwarzać i przyswajać. Również transhumaniści wychwalają możliwość technologicznego poszerzenia zasięgu naszych zmysłów. Pytanie tylko, co tak właściwie zamierzamy poznawać tymi jakże udoskonalonymi zmysłami.

Wyobraźcie sobie człowieka z nerwami na wierzchu - nadmiernie wrażliwego, wiecznie pobudzonego, zalewanego bodźcami. Możecie sobie wyobrazić, że jest on sympatycznym człowiekiem? Wyobraźcie sobie kobietę karmioną telenowelami i mężczyznę karmionego serwisami informacyjnymi. Czy możecie ich sobie wyobrazić w związku pełnym bliskości, wzajemnego zrozumienia i głębokiej intymności? Wyobraźcie sobie namiętnego gracza, spędzającego całe godziny w wirtualnych światach. Czy widzicie go równie namiętnie rozwijającego swoje ciało?

Naturalnie powyższe obrazki są karykaturalnie przerysowane. Żongluję tu stereotypami, ale tylko dlatego, że pragnę uwyraźnić pewien społeczny trend, który wydaje mi się ważny. Nie jest wielką tajemnicą, że media -- a zwłaszcza tak zwane "nowe media" -- zwodzą. Po cichu, niezauważenie przenoszą nas w hiperrzeczywistość, dość luźno powiązaną z rzeczywistością jako taką. Informacje, które dzięki nim otrzymujemy, rzadko są naprawdę istotne. Jakie znaczenie ma dla mnie śmierć iluś ludzi pod zawalonym dachem? Jakie znaczenie ma dla mnie śmierć dużo większej grupy ludzi na jakimś odległym promie? Dzienniki zarzucają nas tym wszystkim, wmawiając, że to jest ważne. A przecież tu gdzie jestem, w moim codziennym, konkretnym działaniu, informacje te są kompletnie bezużyteczne i nieistotne.

Mówi się, że Japonia jest najbardziej rozwiniętym technologicznie krajem. I jest to kraj, który dziś mierzy się z problemami, z którymi być może my spotkamy się za lat wiele. A milion Japończyków zrezygnowało z nowego wspaniałego świata. Hikikomori zamknięci w swoich pokojach, karmią swoje "rozszerzone" zmysły fikcjami gier komputerowych, komiksów, kreskówek i internetu. I nie potrafią porozumieć się nawet z tymi ludźmi, którzy mieszkają za ścianą. Nocami wymykają się ze swoich jaskiń, by się wypróżnić i napełnić. I wracają do siebie. Prawdziwego świata się boją.

To zapewne skrajne przypadki (ponad milion skrajnych przypadków), ale przecież nie zawsze wygląda to aż tak tragicznie. Japończycy mają Freetersów, Anglicy NEET-ów (Not currently engaged in Employment, Education or Training), Amerykanie -- Twixterów - pod tymi wszystkimi, jakże uroczymi nazwami kryją się ludzie, którzy nie potrafią dojrzeć i wejść w dorosłość. Brak im umiejętności społecznych, brak im wiedzy i zdolności gwarantujących jakąkolwiek życiową "karierę". Finansowo uzależnieni od rodziców, lub partnerów/ek wystarczająco naiwnych, by ich utrzymywać, trwają w swych pasożytniczych związkach. I zabijają czas. A czas zabija ich.

Myślę, że ci ludzie nie są w stanie dojrzeć emocjonalnie i społecznie, bo nie są w stanie dojrzeć emocjonalnej i społecznej rzeczywistości. Wtopili się w media, które miały poszerzyć ich zmysły, a one stały się ekranem oddzielającym od świata. Pamiętajmy, że "medium" jest tym, co stoi pomiędzy. I jeśli medium nie jest doskonale przezroczyste, zasłania to, co kryje się poza nim. Platon oskarżał ciało o przesłanianie nam rzeczywistego świata. Dziś powinniśmy oskarżać media, bo przezroczyste to one z pewnością nie są.

Ostatnio na hiperblogu mogliśmy przeczytać o uzależnieniu od globalnych źródeł informacji. To jest nałóg, który dostrzegamy dopiero wówczas, gdy zostaniemy odcięci. A on narasta i sami z siebie nie przestaniemy się w nim pogrążać. Cała oficjalna, masowa kultura usiłuje nas osadzić w zapośredniczonej medialnie hiperrealności. A przecież świat jest tuż obok. Pod opuszkami naszych palców, przed naszymi oczami, w głębi naszych trzewi. Czasem warto zrezygnować z pośredników -- nie zapominajmy, że każdy z nich bierze sobie procent, a w tym przypadku walutą jest cenny czas naszego trwania.

7Dec/058

Zemsta gate-keeperów I

Na początku było słowo, i słowo zostało puszczone w eter. Ale kto je autoryzował?

Informacja zawsze była selekcjonowana. Gdy tylko przekaz przekroczył granice zagrody nadawcy, ktoś zaczął decydować, czy dana informacja może być rozpowszechniana. Czasem decydowaly względy polityczne (tylko błaznowi wolno publicznie mówić, że Król jest głupi), czasem merytoryczne (teksty kłamliwe i błędne nie powinny być publikowane), zawsze jednak ktoś podejmował decyzję, i stosownie do niej działał. Oto strażnicy bram do upowszechniania wiedzy. Przybierają różne role: bibliotekarze decydujący o tym, które teksty są dostępne, a które są "w opracowaniu"; średniowieczni skrybowie decydujący o tym, który tekst zostanie przepisany; drukarze decydujący o tym, który tekst wrzucić na maszyny; redaktorzy programowi decydujący o tym, który program znajdzie się na antenie. Mieli sporą władzę i korzystali z niej.

W czasach mediów o stożkowej strukturze hierarchicznej (nadajnik i wiele odbiorników) technologia im sprzyjała. Łatwo było pilnować dostępu do jedynej drukarni czy jedynego nadajnika. Pojawienie się globalnej, rozproszonej sieci komputerowej zmieniło wiele. Struktura upowszechniania informacji również się przekształciła. Każdy mógł publikować, każdy mógł rozpowszechniać, gate-keeperzy stali się "przestarzali" i zbędni. Miała oto nadejść wreszcie wymarzona wolność i demokracja dla świata informacji i wiedzy.

Powszechność przeszła w ilość. Niezliczone źródła informacji stały się błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Różnorodność źródeł i inspiracji okupiona została utratą wiarygodności i kłopotami z odnalezieniem tej jednej, pożądanej informacji. Pozornie pajęczyna jest niewielka. Mimo miliardów stron, odległość między dwiema dowolnymi witrynami pokonać można przy użyciu zadziwiająco niewielu kliknięć (według badań Alberta i innych z 1999 roku było to około 19 kliknięć). Jednak odnalezienie tej właściwej ścieżki nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza jeśli cel podróży znamy tylko w przybliżeniu. Korzystamy więc z technologicznego i ludzkiego wsparcia.

Technologia to przede wszystkim wyszukiwarki, wraz ze swymi sekretnymi algorytmami i niezliczonymi robotami, pająkami i crawlerami, nieustannie przeczesującymi Pajęczynę. Pajączki odwiedzają strony internetowe, gromadzą informacje na temat ich treści, a następnie wędrują dalej po kolejnych linkach. Uzyskane w ten sposób dane są gromadzone w stosownych bazach i udostępniane poprzez interfejs wyszukiwarki. System usiłuje jednak dostarczyć nam jak najbardziej trafne i wartościowe wyniki, selekcjonując zawartość bazy danych na wiele rozmaitych (i zwykle tajnych) sposobów. (O niektórych czynnikach mających wpływ na pozycję strony w wynikach wyszukiwania Googla można przeczytać na stronie midei. Więcej o sekretach Googla na stronie Wszystko o Google.)

Algorytmy, póki co, są tępe. Nawet te najbardziej wyrafinowane można oszukać. I nawet te najbardziej wyrafinowane premiują strony najbardziej popularne, a nie te najlepsze. Strona znajdująca się wysoko w wynikach wyszukiwania, częściej jest znajdowana, odwiedzana i linkowana, a dzięki temu znajduje się wyżej w wynikach wyszukiwania. To swoiste sprzężenie sprawia, że sieć przestaje być jednorodna i zdecentralizowana. W sieci pojawiają się węzły nieproporcjonalnie często odwiedzane. Tę cechę sieci oddaje model "muszki" prezentowany w artykule Brodera i innych z roku 2000. Zgodnie z tym modelem stosunkowo niewielkie centrum sieci pochłania bardzo dużo sieciowego ruchu. Strony centralne powiązane są wyjątkowo gęstą siecią odnośników, co w połączeniu z mechanicznym, wyszukiwarkowym sprzężeniem prowadzi do tego, że ściągają one widzów jak czarna dziura. Gdzieś na obrzeżach znajdują się obszary IN i OUT, które jednokierunkowo linkują do centrum, lub też są z centrum linkowane. Centrum to około 30% Pajęczyny, obszary IN i OUT to jakieś 20% każdy. Korzystając z wyszukiwarek z bardzo dużym prawdopodobieństwem trafimy na stronę z centrum. Na dalszych miejscach mogą znaleźć się strony z pozostałych dwóch obszarów. Reszta -- rubieże zewnętrzne, stanowiące jakieś 30% Pajęczyny -- pozostaje niezwykle trudno dostępna.

Niegdyś mówiło się o tzw. Głębokim Internecie, obszarze niedostępnym dla wyszukiwarek, ze względu na niedoskonałość mechanizmów. Miały to być głównie strony w zamkniętych obszarach Sieci oraz te generowane dynamicznie. Dziś robociki wyszukiwarek coraz lepiej radzą sobie z indeksowaniem treści zamkniętych w bazach danych, dzięki temu "dynamizm" stron przestał być problemem. Nie znaczy to jednak, że ukryty Internet się kurczy. Trafiają tam po prostu strony nisko oceniane przez wyszukiwarki, zalgorytmizowanych gate-keeperów naszych czasów. Tu nie ludzie, lecz algorytmy dokonują selekcji. Nie na wejściu, lecz na bramce dostępowej użytkownika -- efekty pozostają te same. Tak wychwalana decentralizacja rynku treści okazuje się tylko kolejnym sieciowym mitem. W efekcie i tak najłatwiej nam znaleźć treści najbardziej popularne, co nie musi oznaczać, że najlepsze. (Więcej o tym, jak wyszukiwarki przejmują funkcję gate-keeperów można przeczytać w artykule Wyszukiwarki i ich rola w kształtowaniu Internetu (pdf) Justyny Hofmokl i Alka Tarkowskiego.)

Tabloidyzacja rozmaitych obszarów sieci jest naturalną konsekwencją działania takich mechanizmów. Niejako jesteśmy na nią skazani. Bo podobnie sytuacja wygląda wówczas, gdy w poszukiwaniach wspierają nas ludzie, a nie maszyny. Ale o tym w następnym odcinku.

2Dec/050

Web 3.o – kiedy?

Promocja dźwignią handlu. Liczy się nowe, kreatywne hasło, które pozwoli ludziom wmówić, że oto dostają coś zupełnie innego, gdy tymczasem wciskamy im towar od dawna zalegający w magazynach. Hasłem na dziś jest Web 2.0.

Czym jest ta tajemnicza druga wersja sieci? O tym możesz przeczytać w wielu miejscach w sieci, zarówno po polsku jak i po angielsku. Czujesz już oddech rewolucji na plecach? Nowa wersja sieci wyłania się na naszych oczach. Opiera się na technologiach bazodanowych, dynamicznie wykorzystywanych na stronach www, oddolnych inicjatywach użytkowników, narastającej specjalizacji i niszowości serwisów, sieciach społecznych i tym podobnych hasłach. Opowiada się o nowych pomysłach ekonomicznych, dynamicznej zmienności nowej sieci, dopasowywaniu treści do odbiorcy, kolektywnej, rozproszonej mądrości i tym podobnych. A wszystko to w istocie jest biciem marketingowej piany.

Sieć web ewoluuje i dojrzewa - to jedno nie ulega wątpliwości. Obecnie można zaobserwować to, że wyrasta ona z wieku dziecięcego, charakteryzującego się dowolnością w działaniu i buntem. To z łatwością tłumaczy nawrót w stronę sieciowych standardów, które wcale nie przewidywały przyszłości, lecz ją po prostu tworzyły. Poszukuje się ekonomicznych sposobów wykorzystania ogromnego zasięgu sieci -- stąd i ekonomia o długim ogonie, będąca po prostu naturalną konsekwencją funkcjonowania sieci. Szuka się sposobów zarządzania informacją dostosowanych do potrzeb użytkowników sieci, a nie ludzi, którzy wychowani w realnym świecie, od czasu do czasu sieci używają -- stąd też mechanizmy bazodanowe, które pod wieloma względami ułatwiają życie ludziom zalewanym przez morze informacji. Szuka się nowych form reklamy, które nie będą drażnić wyrobionych technicznie użytkowników, nie od dziś potrafiących używać softu blokującego popupy i inne reklamy -- stąd i "uprzejme" technologie, typu AdSense.

Nie ma w tym wszystkim żadnej rewolucji. To tylko zwykła ewolucja. Po co więc nadmuchiwać balon z napisem Web 2.0? Po co ogłaszać, że firma Sun będzie kropką w tym haśle (za Jarkiem Zgodą)?

Odpowiedź jest oczywista: dla pieniędzy. Trzeba napędzać koniunkturę. A robią to zwłaszcza Ci, którzy mogą się pod takie nowe hasło podczepić. Ale bańka wkrótce pęknie i co wtedy? Najpierw kilka bankructw, a potem wyczekiwanie na Web 3.0. Ja już jestem w awangardzie -- pisałem o trzeciej odsłonie sieci jako jeden z pierwszych. Google to zapamięta...

Tagged as: No Comments
1Dec/050

Dywersyfikacja źródeł

Bardzo trendy stało się ostatnio dyskutowanie o dywersyfikacji źródeł -- zwłaszcza w kontekście rozmaitych rur z gazami. Zasada powinna być jednak powszechniej znana i wykorzystywana. Zwłaszcza w odniesieniu do źródeł wiedzy.

Najprostszą metodą kontroli jest dostarczenie ludziom odpowiednich informacji i pozwolenie, na podejmowanie "samodzielnych" decyzji i budowanie "samodzielnych" opinii. Dlatego tak ważne jes to, by wszystkie informacje sprawdzać w różnych źródłach. Nie wolno przyjmować ich bezrefleksyjnie.

Każdy, kto ma co wieczór chwilkę na obejrzenie rozmaitych wiadomości, zdaje sobie sprawę z różnic pomiędzy tym, jak i o czym informują nas Polsat, TVN i TVP. Oglądając kilka serwisów, możemy cieszyć się myślą, że jesteśmy zorientowani lepiej niż inni, bo poznajemy różne punkty widzenia. A to wszystko są przecież oficjalne media i różnice są drobne. Internet oferuje tu znacznie szersze możliwości.

Istnieją główne serwisy newsowe, takie jak onet, gazeta czy wp. Łatwo się jednak przekonać, że informacje wędrują pomiędzy nimi często w bardzo bezpośredni sposób. Tu nie ma szczególnie dużej różnorodności. Warto poszukać głębiej. Sięgamy po wyszukiwarki.

Wszechobecny Google przestaje budzić zaufanie. Zbyt często jest traktowany jako przewodnik po całej sieci, a nie wszystko da się "wygooglać". Wiadomo, że jest cała masa ciekawych stron, które nigdy nie pojawią się w wynikach wyszukiwania. Tak zwany Ukryty Internet jest jak ta część góry lodowej, znajdująca się pod wodą. Ogromny i nieznany. Warto przynajmniej skorzystać od czasu do czasu z innych wyszukiwarek. Clusty oraz Alltheweb to tylko dwa przykłady wyszukiwarek, korzystających z innych mechanizmów, niż Google.

Jeśli chodzi o newsy, informacje o ważnych wydarzeniach, warto skorzystać z niezależnych serwisów informacyjnych. Takich jak na przykład:

Są jeszcze popularne serwisy takie jak Slashdot czy EFF. Jest gdzie szukać. Warto szukać. Bo wiedza jaką posiadamy, wyznacza granice naszych myśli i czynów.

28Nov/050

Cmentarzysko kultury

Prawa autorskie do słynnej bajki 101 dalmatyńczyków przeszły właśnie z rąk do rąk. Spadkobiercy pisarki Dodie Smith odsprzedali je agencji FilmRights. Konsekwencją było to, że niemal z dnia na dzień straciły ważność dotychczasowe licencje na tworzenie dzieł pochodnych. Bajka zniknęła z teatrów całego świata. FilmRights już poinformowała, że prawa udostępniła tylko jednemu, tajemniczemu koncernowi. Będzie musicall. Jeden. Nikomu więcej nie wolno tematu dotknąć.

Ani to pierwsza taka historia, ani ostatnia. Domena publiczna staje się strasznie uboga, bo przecież prawa autorskie trzeba chronić. A więc są one chronione. Nie wolno tykać Puchatka, ani wielu innych dziecięcych bohaterów. Ograniczenia licencyjne są bezlitosne. A mogło być tak pięknie. Dzieło, które już zarobiło na swojego autora i jego potomków, mogło przejść do domeny publicznej. Tam stałoby się dobrem wspólnym, wzbogacającym nas wszystkich. Ale nie tym razem. Dla wolnej kultury ta opowieść jest martwa.

A pracuje się już nad pomysłem, by możliwe było zastrzeganie praw autorskich do pomysłów. Już teraz telewizja pilnuje swoich formatów. Ależ chciałbym móc zastrzec prawa do wszystkich dzieł, gdzie motywem tajemniczego morderstwa jest zawiedziona miłość... Póki co pozostaje wypić za wszystkie postacie i pomysły, które pozostają chronione.