blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

7May/060

ZKF – Pułapki i zalety języka etyki

Wkrótce odbędzie się kolejne spotkanie w ramach Zielonogórskiego Konwersatorium Filozoficznego. Tym razem swój odczyt wygłosi dr Joanna Dudek. Referat zatytułowany Pułapki i zalety języka etyki będzie można wysłuchać 16 maja 2006 roku, o godzinie 18.30 w auli J, w budynku Collegium Neophilologicum, przy ulicy Wojska Polskiego 71A. W Zielonej Górze oczywiście. :)

Zapraszam w imieniu Instytutu Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz Zielonogórskiego Oddzialu PTF.

5May/062

O społeczeństwie nie-E-piśmiennym

Kiedyś w ramach walki o równy dostęp do edukacji, wiedzy i dóbr kultury walczono z analfabetyzmem. Przyjmowano, że jednostka pozbawiona umiejętności nazywanych zbiorczo piśmiennością nie była w stanie sprawnie poruszać się w świecie społecznym, a jej dostęp do kultury pozostawał bardzo ograniczony. Obowiązek szkolny sprawił, że większość obywateli naszego pięknego kraju potrafi czytać i pisać w stopniu przynajmniej podstawowym. Ale dziś to już nie wystarcza.

Mamy szczęście należeć do elity -- tych nielicznych, którzy posiadają komputer, na co dzień korzystają z internetu, żyją informacją. W naszej codzienności komputery zadomowiły się już tak bardzo, że zdarza nam się zapominać, że większość ludzkości z komputera nie korzysta wcale, albo robi to sporadycznie. My uprzywilejowani, my będący online, zapominamy często, że istnieje życie bez komputerów. Ĺťe jeszcze niedawno i w naszym kraju istniało. Ĺťe dla niektórych ludzi wciąż istnieje. Nie radzą sobie z komputerem w pracy, nie używają go w domu, w Sieci nie potrafią odnaleźć poszukiwanych treści. Nie posiadają nawet podstawowych komputerowych umiejętności. A w kraju pełnym komputerów e-piśmienność (czyli zbiór umiejętności niezbędnych do posługiwania się mediami elektronicznymi) staje się coraz bardziej potrzebna, a być może już nawet niezbędna. Tak rodzi się cyfrowa przepaść, pomiędzy usieciowionymi i pozostającymi offline.

Zastanawiam się jak głęboka jest ta przepaść, zwłaszcza tam gdzie mowa o dostępie do kultury. Czy ludzie pozbawieni elementarnych umiejętności związanych z komputerami są w stanie w pełni czerpać z kulturowych dóbr współczesnego świata? Czy też może istnieją już takie obszary kultury, które są dla nie-e-piśmiennych zupełnie niedostępne? Z pewnością powstają już dzieła, których pełna recepcja wymaga szerokiego wachlarza umiejętności medialnych. Pojawiają się narracje intermedialne (takie jak np. Matrix), których nie-e-piśmienni w pełni nie "przeczytają". Rozwija się także literatura hipertekstowa oraz wirtualna sztuka, której jedynym nośnikiem są bity. By w ogóle wkroczyć w te obszary, trzeba być obytym w świecie cyfrowym. Trzeba być człowiekiem e-piśmiennym.

Nie wiem, czy kultura przyszłości będzie bardziej ucyfrowiona. Z pewnością jednak e-piśmienność jest niezwykle ważnym i słabo zbadanym obszarem w edukacji. Bo właściwie kto ma tego uczyć? Szkolni informatycy? Poloniści? A może dzieciaki i bez naszej pomocy opanują - aż za dobrze - wszelkie niezbędne im umiejętności? A może my wszyscy możemy im jakoś w tym pomóx. Mam takie małe marzenie. Skoro blogosfera mogła zrodzić obywatelskie dziennikarstwo, może kiedyś pokusi się o siostrzyczkę - obywatelską edukację. Taką prawdziwą - niezależną, aktualną i skuteczną. Ale o tym śnie napiszę innym razem.

5May/0613

Fake Tool Hoax

Jak niektórzy pewnie wiedzą, odbyła się właśnie światowa premiera nowego albumu przezacnej grupy Tool. Płyta to bardzo oczekiwana, po ponad pięcioletniej przerwie, ale nie o niej będę tu pisał (zanim odważę się na ocenę, muszę się jeszcze osłuchać). Chcę za to zwrócić uwagę na kilka ciekawych zjawisk towarzyszących. Jak to ostatnimi czasy bywa, na dobre dwa tygodnie przed premierą, cały album można już było znaleźć w Sieci. To zaś sprowokowało interesującą falę fałszerstw i przekrętów.

Do fałszywek w sieciach p2p wszyscy są już przyzwyczajeni. Po każdej premierze wywołującej duże zainteresowanie, w sieci roi się od plików podszywających się pod przeboje. I zamiast kolejnego odcinka Harrego Pottera można ściągnąć film zgoła innej natury, z zupełnie innymi czarodziejkami (ale czasem też w okularach). Naturalnie podobnie było z najnowszą płytą Toola. Zamiast niej można było zdobyć albumy rozmaitych, mniej lub bardziej znanych zespołów. Mnie jednak najbardziej ucieszył ciekawy przypadek nowatorskiej autopromocji. W jednym z archiwów udających 10000 Days, można było znaleźć nagrania jakiegoś amatorskiego zespołu. Do plików dołączony był rozczulający liścik z przeprosinami i zachętą do przesłuchania tych utworów. Oto przykład sprawnego wykorzystania mechanizmów sieciowego marketingu. Z łatwością można sobie wyobrazić rzesze ludzi, którzy ściągnęli płytę nikomu nie znanego zespołu. Nawet jeśli ich muzyki posłucha jeden ściągający na dziesięciu, to i tak dotarli do sporego, doskonale wyprofilowanego "targetu".

Sytuację dodatkowo ubarwiał fakt, że zespół Tool znany jest z podpuszczania fanów na wiele rozmaitych sposobów. Przy okazji poprzednich premier zdarzało im się na przykład wypuszczać fałszywe okładki czy listy utworów, co miało zmylić potencjalnych piratów. Fani spodziewali się czegoś podobnego i tym razem. Zatem kiedy tylko gruchnęła wieść o wycieku nowej płyty, natychmiast pojawiły się teorie zgodnie z którą wyciek był kontrolowany, a płyta to tylko zmyłka. Można było natknąć się na kilka wariantów tej opowieści. Czasem dowodzono, że udostępniana w sieciach p2p płyta to tylko wersja demo. Innym razem sugerowano, że to tylko drugi dysk szykowanej edycji dwupłytowej, której premiera odbędzie się dwa tygodnie po premierze oficjalnej. Niektórzy posunęli się wręcz do twierdzenia, że zespół specjalnie nagrał "fałszywe" utwory, by tylko zmylić fanów i piratów. Byłby to z pewnością przekręt godny tego zespołu. Spory wybór takich spekulacji można znaleźć w komentarzach do tego wpisu. Oczywiście gdy nadszedł czas premiery, złudzenia upadły. Okazało się, że nawet Toolowi można zwyczajnie wykraść płytę i przedpremierowo udostępnić ją w Sieci.

Garść komentarzy:

  1. Płyty wyciekają - na to nic się nie poradzi. Uchronienie nagrań do czasu oficjalnej premiery staje się niezmiernie trudne. Zbyt wiele jest słabych punktów w systemie produkcji i dystrybucji. Słowo premiera oznacza dziś jedynie rozpoczęcie oficjalnej sprzedaży czy prezentacji. Warto ten fakt uwzględnić (i wykorzystać) przy planowaniu strategii marketingowej.
  2. Płyta Toola i tak znajdzie wielu nabywców. Głównie dlatego, że w tym przypadku samo opakowanie jest małym dziełem sztuki, a fani szanują zespół.
  3. Fani są bezlitośni, jeśli dostaną towar niezgodny z ich oczekiwaniami. Ludzie, którzy po 5 latach pracy nagrali nową płytę, musieli czuć się dziwnie czytając te wszystkie spekulacje. Czy efekt ich wytężonej, wieloletniej pracy naprawdę wygląda na płytę demo?
  4. Teorie spiskowe wciąż są atrakcyjne. Jednak tym razem fani przekombinowali (chyba, że za dwa tygodnie będzie premiera edycji dwupłytowej), a zespół chyba nie do końca sprostał własnej legendzie.

Mówiąc ogólnie - rynek medialny się zmienia. Nowe narzędzia rozpowszechniania (p2p) wymuszają nowe formy dystrybucji i marketingu. Duże firmy wcześniej czy później to zauważą - pieniędzy do zgarnięcia z rynku wciąż jest dużo. A my musimy przygotować się na nowe formy manipulowania nami. Słowa fake i hoax mają swoje miejsce w słownikach specjalistów od sprzedaży. Czy będziemy umieli się obronić?

Tagged as: , 13 Comments
13Feb/062

Poruszenia

Z przyczyn niezależnych ;) włączyłem się w produkcję strony Poruszenia. Zapraszam serdecznie wszystkich zainteresowanych ciałem i tym, jak poprzez ciało można rozwijać samego siebie. Na stronie znajduje się między innymi jeden z moich tekstów, wciąż jeszcze nieobecny na stronie domowej.

PS. Plany rozbudowy też mamy. :)

Filed under: Cyferfilozofia 2 Comments
12Feb/066

Norton I – cesarz Stanów Zjednoczonych

Może i Stany Zjednoczone nie mają historii. Czym jest skromne 300 lat wobec tysiącletnich państw starego lądu. To w Europie i Azji rodziły się, trwały i umierały prawdziwe imperia. Ameryka nie miała nawet malutkiego króla. Był jednak taki czas, gdy Stany Zjednoczone były cesarstwem.

17 września 1859 roku, w San Francisco, Joshua Abraham Norton ogłosił siebie Cesarzem Stanów Zjednoczonych (i Protektorem Meksyku, jak czasem dodawał). Przez 21 lat, aż do swojej śmierci, rządził niepodzielnie. Jak przystało na prawdziwego cesarza, szybko rozwiązał Kongres - po co ciało ustawodawcze w kraju, którego prawa stanowić winny cesarskie dekrety. Zwłaszcza, że kongresmeni nie stawili się na rozkaz Cesarza, który chciał by wytłumaczyli się z drążącej władzę korupcji i bałaganu panującego w kraju. Tak zwane oficjalne władze USA zignorowały wprawdzie jego dekrety, lecz on dostojnie ignorował rebeliancki parlament oraz samozwańczego prezydenta. Na taki gest stać tylko największych.

Pośród wielu deklaracji wydanych przez Cesarza Nortona I znalazły się prawdziwe perełki:

  • Dekretem z 2 grudnia 1859 roku zwolnił gubernatora stanu Wirginia Henrego Wise'a za skazanie na śmierć Johna Browna, walczącego o zniesienie niewolnictwa.
  • Dekretem z 25 lipca 1869 roku nakazał sfinansować badania Fredericka Marriotta, który usiłował skonstruować pojazd latający. Cesarz widział użyteczność takich maszyn.
  • Dekretem z 12 sierpnia 1869 roku rozwiązał partie Republikańską i Demokratyczną. Myśl o zdelegalizowaniu kłótliwych partii może być nam dzisiaj wyjątkowo bliska.
  • Dekretem z 23 marca 1872 roku nakazał zbudować most wiszący pomiędzy Oakland a San Francisco. Polecenie wykonano dopiero w latach 1933-36.

To tylko nieliczne z jego wystąpień. W jednym z edyktów nakazał utworzyć Ligę Narodów (w drugiej połowie XIX wieku!), w innym zakazał używania nazwy Frisco, obraźliwej dla miasta nazwanego imieniem świętego Franciszka (grzywna wynosila 25 dolarów), a po wizycie w Sacramento nakazał posprządać zabłocone ulice i zamontować oświetlenie gazowe.

Jego realna władza polityczna była oczywiście znikoma, a większość dekretów i edyktów grzecznie ignorowano. Jednak Norton I cieszył ogromnym szacunkiem mieszkańców swojego miasta. Goszczony był w restauracjach i rzadko ktoś miał czelność domagać się od niego zapłaty. Mógł swobodnie korzystać z publicznych środków transportu. W teatrze rezerwowano trzy miejsca - dla cesarza i jego dwóch psów (Lazarusa i Bummera). Gdy tylko wyraził takie życzenie, Grand Hotel zaproponował mu darmowy apartament. Lokalna prasa drukowała jego dekrety bez żadnych opłat. Gdy jego oficjalny mundur się zestarzał, miasto zapłaciło za nowy, a najlepsi krawcy walczyli o przywilej ubrania Cesarza. A gdy zaczął wydawać własną walutę, była ona powszechnie uznawana.

Jest opowieść, która dobitnie świadczy o odwadze i mocy Cesarza Nortona. Jak w każdym mieście, w San Francisco dochodziło do zamieszek na tle rasowym. Pewnej nocy banda osiłków z kijami i pochodniami ruszyła na chińską dzielnicę. Na drodze stanął im samotnie Jego Wysokość Cesarz. I zaczął się modlić. Nikt nie ważył się pójść dalej.

Oczywiście zdarzały się nieprzyjemne epizody. Najsłynniejszy wydarzył się w styczniu 1867 roku. Pewien nadgorliwy policjant aresztował Nortona I i chciał go wysłać na przymusowe leczenie psychiatryczne. W mieście zapanowało takie poruszenie, że sam szef miejskiej policji osobiście wypuścił cesarza z celi i publicznie przepraszał. Norton I okazał się wyrozumiały, i od tego czasu wszyscy policjanci napotkawszy go na ulicy, salutowali. On odwdzięczał się idąc na czele corocznej policyjnej parady.

Niemal codziennie chodził po mieście, kontrolując stan swojej ukochanej stolicy. Był powszechnie rozpoznawany w swym niebieskim mundurze, ze złotymi epoletami, czasem z chińską parasolką i oczywiście w towarzystwie Lazarusa i Bummera. Stał się atrakcją turystyczną miasta, ale i ważnym elementem lokalnego życia. Korespondował z Bismarckiem i królową Wiktorią, ale przede wszystkim dbał o swoje otoczenie. Zaskarbił tym sobie wielką miłość poddanych.

Zmarł podczas obchodu, 8 stycznia 1880 roku. W kieszeni miał 6 dolarów - jedyny dorobek swojego życia. Ale pogrzeb wyprawiono mu iście cesarski. W kondukcie żałobnym szło około 10000 ludzi. Dwa razy tyle wyszło na ulicę, by ostatni raz pokłonić się Cesarzowi Nortonowi I. Gazety pożegnały go wielkimi, żałobnymi nagłówkami. Cesarz Stanów Zjednoczonych i Protektor Meksyku opuścił swych kochających poddanych.

Rządził bez władzy. Nie potrzebował wojska, nie ściągał podatków, interweniował tylko wtedy, gdy zachodziła taka potrzeba. Dał poddanym wolność, a w zamian dostał szacunek. Był wizjonerem i wielkim człowiekiem. A najwspanialsze w tej opowieści jest to, że był prawdziwy.

Garść źródeł: