O pułapkach specjalizacji
Nasze przetrwanie i dominację naszego gatunku na Ziemi zawdzięczamy zdolności przewidywania. Zgadywania, co stanie się jeśli... Dało to ludziom tak ogromną przewagę nad innymi zwierzętami, że mimo swoich gatunkowych słabości, wdarliśmy się na sam szczyt łańcucha pokarmowego. Po dziś dzień przewidywanie jest kluczem do sukcesu, tak w biznesie, czy przemyśle, jak i w codziennym życiu.
Przewidywanie przyszłości nie jest zadaniem łatwym. Wielu próbowało przewidzieć przyszłe losy ludzkości. Jeszcze liczniejsi wyznaczali sobie skromniejsze cele i usiłowali odgadnąć dalszy los jednego człowieka, wynalazku czy pomysłu. Większość poniosła sromotną porażkę, a ich proroctwa budzą dziś jedynie uśmiech politowania. Według znanej anegdoty trzydzieści lat temu fachowcy z IBM ocenili zapotrzebowanie rynku na komputery na jakieś 8 sztuk rocznie, a dziś są one wszechobecne. Tajemniczy Ginger, długo promowany jako wynalazek, który zrewolucjonizuje nasze życie, okazał się kompletnym niewypałem -- niepraktycznym pojazdem na dwóch kołach, widocznym od czasu do czasu jedynie na polach golfowych. Po pierwszych sukcesach kosmicznych wierzono, że jeszcze w XX wieku wylądujemy na Marsie, a tymczasem mamy kłopot z utrzymaniem stałej bazy dużo bliżej -- na orbicie okołoziemskiej. Niezliczone są niespełnione przepowiednie.
Odgadywanie przyszłości okazuje karkołomnym zadaniem z wielu przyczyn. Przede wszystkim nadal brakuje nam umiejętności ogarnięcia wszystkich zmiennych. Tak wiele czynników należałoby uwzględnić, aby sensownie przewidzieć bieg wydarzeń, a - jeśli wierzyć psychologom -- przeciętny ludzki umysł jest w stanie śledzić w danym momencie jedynie 5 równoległych wątków. Wprawdzie nasze skromne możliwości obliczeniowe możemy rozszerzyć korzystając z komputerowych protez, ale i tych nie starcza. Z jednej strony stajemy bowiem wobec problemu ucyfrowienia naszych danych, przetłumaczenia ich na dyskretne wartości zrozumiałe dla komputera, a to zmusza nas do przybliżeń i kompromisów. Z drugiej strony, klauzula ceteris paribus każe się zastanawiać nad tym, jaki ważny składnik systemu przeoczyliśmy. Przecież nawet drobny i pozornie nieznaczący element czy też minimalne zaokrąglenie wartości, może spowodować kompletne rozejście się naszych przewidywań z rzeczywistością. Opisany przez Lorenza efekt motyla pojawia się zawsze tam, gdzie mamy do czynienia z długim okresem czasu lub wielką liczbą powtórzeń.
Oczywiście niezmordowanie poszukujemy nowych modeli naukowych, pozwalających zgadywać z rosnącym prawdopodobieństwem. I mamy sukcesy. Statystyka, teoria gier, teoria chaosu i wiele innych -- wszystkie one sprawdzają się, w ograniczonym zakresie, w odniesieniu do konkretnej grupy problemów. Gdy jednak wkraczamy w skalę ogólniejszą, na przykład w obszar tego co zwykło nazywać się kulturą, nasze szanse gwałtownie maleją. Nie tylko dlatego, że rośnie liczba zmiennych, bo znacznie poważniejsze kłopoty sprawia nam nie ich ilość, lecz różnorodność. Musimy nagle uwzględnić kontekst technologiczny, medialny, geograficzny, psychologiczny i wiele, wiele innych. Problem ilościowy staje się nagle jakościowy -- i w tym momencie żaden komputer nie jest już w stanie nam pomóc. Gdy mamy do czynienia z tak różnorodnymi danymi, nie jesteśmy ich w stanie zintegrować w jeden system. Nie mamy jednej płaszczyzny teoretycznej, pozwalającej wszystko zrozumieć, czyli uporządkować w spójnym ładzie. Brak nam Ogólnej Teorii Wszystkiego.
Szanse na skonstruowanie jednego systemu integrującego całą naszą wiedzę są znikome. Naukowcy zajmują się bowiem niewielkimi wycinkami rzeczywistości i budują teorie sprawdzające się w odniesieniu do ściśle ograniczonego obszaru przedmiotowego. Ogólna Teoria Względności pozwala opisać zachowanie wielkich mas w makroskali, lecz nijak ma się do "alchemii" cząstek elementarnych. Neurofizjologia doskonale opisuje fizyczne reakcje zachodzące w naszym mózgu, nie jest jednak w stanie dotknąć subtelności ludzkiej duszy, czy choćby tylko rozchwianej psychiki. Tak różnych bajek nie da się pogodzić.
Ale najtrudniejszą do pokonania barierą okazuje się czynnik ludzki. Mamy rzesze specjalistów, którzy znają się na ekonomii, komputerach, marketingu, biochemii i niezliczonych innych dziedzinach. Brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie zrozumieć ich wszystkich równocześnie. Czas ludzi renesansu już dawno minął, i nie ma już tych, którzy byli zdolni ogarnąć całość ludzkiej wiedzy. Nie tylko ze względu na jej ilość.
W słynnym eseju o dwóch kulturach, C. P. Snow narzekał na brak porozumienia pomiędzy przedstawicielami nauk humanistycznych i ścisłych. Twierdził wręcz, że żyją oni jak w dwóch osobnych światach, które mają coraz mniej punktów stycznych. Typowy humanista nie lubił w szkole matematyki, a bez tego nie ma szans w pełni pojąć osiągnięć najnowszej fizyki. Podobnie typowego ścisłowca nudzą lektury szkolne, a dyskusje o wartościach są dla niego nudnym bełkotem. Ci pierwsi nie mają pojęcia jak działają otaczające ich zewsząd urządzenia, takie jak telewizor czy komputer. Ci drudzy zamknięci w laboratoriach, nie dostrzegają konsekwencji swych własnych pomysłów. Przepaść rośnie z każdym dniem i z każdym wynalazkiem, a zamiast nadziei na porozumienie mamy nieustające wojny i przepychanki.
Humaniści porównują nauki ścisłe do magii -- wszakże obie posługują się sekretnymi, niezrozumiałymi dla szarego człowieka formułami. Przekonują, że zioła i tańce wioskowych szamanów leczą równie skutecznie, jak dzieła nowoczesnej farmakologii. Podają estetyczne interpretacje dowodów matematycznych, a w swych analizach powołują się na fizykę kwantową czy twierdzenie Gödla, kompletnie nie rozumiejąc ich znaczenia.
Ścisłowcy demaskują bełkot kryjący się za pozornie naukowymi teoriami humanistów -- przykładem może być słynna prowokacja A. Sokala, która stała się przyczynkiem do znanej i w Polsce książki Modne bzdury. Nie widzą sensu pracy filozofa czy filologa, która nie ma przecież praktycznych zastosowań, skoro nie sposób przekuć jej w nową technologię. Zresztą co to za naukowiec, który tylko czyta i pisze, a nie ma własnego laboratorium, w którym przeprowadzałby jakieś prawdziwe badania.
A przecież obecnie sytuacja jest daleko bardziej skomplikowana, niż wtedy gdy Snow pisał swój esej. To, że humanista i ścisłowiec nie znajdują płaszczyzny porozumienia jest dziś truizmem. Gorzej, że coraz częściej i jedni i drudzy przestają rozumieć czym zajmują się ich współwyznawcy. Astrofizyk może mieć problemy ze zrozumieniem osiągnięć kolegi zajmującego się termodynamiką czy chemią kwantową, socjolog zagubi się w pismach psychologa. Filozof analityczny nie dogada się z postmodernistycznym, a fizyk kwantowy z kosmologiem. Niby jeszcze posługują się tym samym żargonem, rozumieją swoje języki, ale już tracą z oczu subtelności. Specjalizacja w naukach posunęła się już bardzo daleko.
Cały nasz system kształcenia oczywiście wspiera specjalizację. Im wyżej w hierarchii szkół, tym jest ona większa. Na poziomie podstawowym uczeń uczy się wszystkiego po trochu. Na średnim zwykle następuje już wybiera swój profil, a najpóźniej w ostatnim roku nauki w liceum musi wiedzieć co zamierza studiować, a zatem jakie przedmioty będzie zdawał na maturze. Nie tylko on, ale i nauczyciele zainteresowani jak najlepszymi wynikami w swej placówce, przymkną oczy na pozostałe przedmioty. Na pierwszym poziomie studiów spotyka się jeszcze przedmioty ogólne, lub niekierunkowe, ale drugi poziom studiów to już wyłącznie nauka jednej dziedziny. Magister jest już dobrze ułożonym specjalistą, a jeśli zamarzy mu się praca naukowa, ten stan będzie się tylko pogłębiać. Dalsze badania wymuszają ograniczenie pola badań. Można powiedzieć, że naukowcy -- chcąc, nie chcąc -- dążą do tego by wiedzieć coraz więcej, o coraz mniejszych fragmentach rzeczywistości, a zatem ostatecznie zmierzają do tego, by wiedzieć wszystko, o niczym. Niezbyt optymistyczny to cel.
Budowanie wiedzy coraz częściej przypomina budowanie mrowiska. Każda mróweczka ma własne, ściśle wyznaczone zadanie i przez całe życie realizuje biologicznie wdrukowany prosty algorytm typu "podnieś to co znajdziesz, idź za innymi, zostaw tam gdzie oni" albo "widzisz swoich -- przepuść, widzisz obcych - zabij". Każda robi swoje, nie mając pojęcia co dzieje się wokół niej, nie zastanawiając się nad celem i zastosowaniami, nad szerszym obrazem. Nie interesuje jej co robią inne mróweczki, skoro wykonuje własną misję najlepiej jak potrafi. I tak powstaje kopiec. Podobnie jest z naszą wiedzą -- naukowcy składają swoje odkrycia na biblioteczny kopiec i doskonale obywają się bez znajomości celu, czy wielkiego architekta. Gromadzimy wiedzę i mamy już naprawdę spory kopiec, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć co się wydarzy poza coraz węższym obszarem jego kompetencji.
A zatem aby skutecznie przewidywać przyszłość potrzebowalibyśmy nieskończonych mocy obliczeniowych, teorii integrujących dorobek poszczególnych nauk oraz ludzi potrafiących poruszać się na tak dużym poziomie ogólności. Pierwszy warunek wydaje się stosunkowo łatwy do spełnienia -- postęp technologii komputerowych obiecuje nam tyle kalkulatorów, ile tylko potrzebujemy. Gorzej z pozostałymi.
Ogólna teoria wszystkiego prawdopodobnie nieprędko powstanie. Różnice w założeniach, metodach i językach poszczególnych nauk stworzyła między nimi nieprzekraczalne otchłanie. Przenikliwą analizę przyczyn takiej niewspółmierności teorii naukowych przedstawił T. Kunh w Strukturze rewolucji naukowych, dowodząc że trudne do pogodzenia różnice pojawiają się nie tylko na płaszczyźnie dowodzenia tez czy definiowania pojęć, ale także na poziomie samego postrzegania świata. Zwolennicy różnych teorii naukowych, inaczej widzą te same zjawiska. Dlatego niektórych teorii nie da się pogodzić, nie mówiąc już o przetłumaczeniu jednej na drugą.
Od czasu do czasu oczywiście rodzi się geniusz poszukujący wielkiej syntezy. Niektórzy próbują napisać naukę od nowa. Inni szukają wspólnej płaszczyzny -- mapę, na której mają swoje miejsce wszystkie nauki próbuje od lat konstruować Ken Wilber. Ale i jego metanaukowa struktura, opisywana w Integralnej teorii wszystkiego nie jest uniwersalna.
Ale nade wszystko powinniśmy kształcić więcej wszechstronnych ludzi. Specjaliści są niezbędni, ale ich wiedza nie przyniesie większego pożytku, jeśli zabraknie kogoś, kto umieści ją w szerszym kontekście. I tu otwiera się pole dla absolwentów studiów interdyscyplinarnych, których wciąż mamy w Polsce niewiele. To także przestrzeń, w której doskonale sprawdzają się studenci filozofii, przyzwyczajeni do ciągłego poruszania się pomiędzy różnymi teoriami, uczeni myślenia jako takiego. Tymczasem wciąż nie udało się przywrócić lekcji filozofii w szkołach średnich, znika też ona z minimów programowych kolejnych kierunków studiów. A właśnie filozoficzna elastyczność myślenia jest niezbędna, by nawigować w chaosie niewspółmiernych teorii, łączyć pojęcia, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego oraz dostrzegać związki, których żaden specjalista nie znajdzie.
W epoce postindustrialnej jesteśmy dosłownie zalewani informacjami przez media, "pijarowców", naukowców i całe nasze otoczenie. A przy tym wszystko zmienia się niezwykle szybko. Ludzie pięć lat temu studiujący "pewny" kierunek, dziś zasilają szeregi bezrobotnych. Ci, którzy przez dziesiątki lat pracowali w jednym zawodzie, nagle zauważają, że ich zawód jest przestał istnieć. I chociaż rzadka specjalizacja wciąż jest atutem cenionym przez rynek pracy, czas uświadomić sobie, że jeśli chcemy rozumieć otaczający nas świat, skutecznie przewidywać nadchodzące wydarzenia i być w stanie reagować odpowiednio szybko -- musimy być wszechstronni i elastyczni. Jak nieustannie przypomina R. A. Wilson -- specjalizacja jest dobra dla insektów!
Narracja intermedialna
Oto fragment tekstu Narracja multimedialna, który już wkrótce będzie dostępny w całości na papierze oraz na mojej stronie domowej.
[...]
III
Zacząć wypada od próby definicji, która ukaże czym jest narracja intemedialna, a czym nie jest. Narracja jest to wypowiedź prezentująca ciąg zdarzeń uszeregowanych w jakimś porządku czasowym i logicznym. Intermedialność pojawia się wówczas, gdy w swej wypowiedzi wykorzystujemy różne media artystyczne -- tekst, obraz, film, itd. Przy tym wszystkie te elementy muszą tworzyć integralną całość, wzajemnie się dopełniać, mieścić się we wspólnym porządku czasowym i logicznym.
Należy zatem odróżnić narrację intermedialną od zbioru opowieści, których akcja toczy się w jednym uniwersum lub spajana jest postacią bohatera. Stworzona przez Boba Kane'a postać Batmana po raz pierwszy pojawiła się w komiksie w 1939 roku. Do dziś powstały już niezliczone opowieści z jego udziałem -- w komiksach, filmach, serialach telewizyjnych czy grach komputerowych. W tym przypadku trudno jednak mówić o jedności czasowej lub porządku logicznym. Narracji intermedialnej nie należy też mylić z adaptacją. Ta sama historia opowiedziana przy użyciu różnych mediów nie zyskuje nowej jakości. Poszczególne wersje nie tworzą razem spójnej, integralnej całości, są zaledwie powtórzeniem tej samej opowieści przy użyciu innych technik.
Intermedialność narracji nie jest też jedynie multimedialnością. Pod tym drugim pojęciem zwykło się rozumieć wykorzystywanie rożnego rodzaju bodźców (zwykle dźwięku i obrazu), zwykle w ramach jednego medium, tyle że multimedialnego -- najczęściej jest to komputer lub inne medium cyfrowe. Opowieść intermedialna właściwie nie jest wyrażana poprzez poszczególne media, lecz raczej konstytuuje się gdzieś pomiędzy nimi. Jest efektem synergetycznego połączenia rozmaitych środków.
Można zatem wskazać pewne kluczowe cechy narracji intermedialnej:
- Jest narracją -- przedstawieniem zdarzeń w porządku logicznym lub czasowym.
- Jest rozproszona -- składa się z wielu niejednorodnych segmentów, które dopełniają się jak puzzle.
- Jest multimedialna -- wykorzystuje wiele mediów, takich jak na przykład film, książka, komiks, gra komputerowa itp.
Narracja intermedialna niejako wykorzystuje znaną ze sztuk wizualnych technikę collage'u w świecie opowieści. Przodków tego typu rozwiązań można szukać w wielu eksperymentach polegających na łączeniu różnych technik literackich. Można tu wskazać choćby surrealistyczne zabawy Maxa Ernsta, czy wykorzystywaną w powieściach Williama S. Burroughsa technikę cut-up. Można wspomnieć także o Ulissesie James Joyce'a, opowiadaniach Jorge Luisa Borgesa, czy anarchistycznych, discordiańskich prowokacjach, takich jak Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona czy Principia Discordia Malaklipsy Młodszego. Więcej tego typu poszukiwań odnaleźć można w kinie, którego kluczowym narzędziem jest montaż, a zatem mieszanie rozmaitych elementów było od początku czymś naturalnym. Zwykle odbywało się to jednak w granicach wyznaczanych przez jedno tylko medium.
Wiele prób wkroczenia w intermedialność można odnaleźć w świecie komiksów. Alan Moore i Dave Gibbons w opublikowanym w latach 1986-1987 komiksie Watchmen zrewolucjonizowali sposób przedstawiania postaci superbohaterów i wprowadzili wiele nowatorskich rozwiązań narracyjnych. Tradycyjna obrazkowa narracja została tam wzbogacona klasycznymi, literackimi środkami: możemy między innymi przeczytać fragmenty autobiografii jednego z bohaterów czy spore wyimki z artykułu naukowego spisanego przez inną postać. Można powiedzieć, że komiks ten, dziś uznawany za klasyka gatunku, wykorzystywał techniki, które w ograniczonym zakresie można nazwać intermedialnymi.
W świecie komiksów dokonano też kilka ważnych eksperymentów związanych z rozproszoną narracją. W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku wydawnictwo DC -- obok Marvela jeden z dwóch największych amerykańskich wydawców komiksów -- opublikowało dwa cykle opowieści o najpopularniejszych postaciach uniwersum DC: Batman stał się bohaterem cyklu Knight Saga, zaś Superman pojawił się opowieści, której kulminacją był zeszyt pt. The Death of Superman. W obu przypadkach mamy do czynienia z większymi historiami, które łączą w sobie wątki z różnych serii wydawniczych (w przypadku Supermana były to m.in. Justice League of America, Superman, The Adventures of Superman, Superman: the Man of Steel). Niezależne dotąd cykle, nagle splotły się w opowieści, której pełne zrozumienie wymagało zapoznania się z wszystkimi cyklami. To tylko dwa głośniejsze przypadki tzw. crossover-ów czyli opowieści, w których krzyżują się różne linie narracji. Efektem ich publikacji była zwykle zwiększona sprzedaż wszystkich serii. Takie "wielkie wydarzenia" (big events) stały się wkrótce stałym elementem komiksowego folkloru.
Dwa powyższe przykłady pokazują nie tylko to, jak kreatywnym medium może być komiks, lecz także dowodzą, że intermedialność nie wzięła się z nikąd, lecz pojawiła się jako jedna z wielu konsekwencji audiowizualności. Dziś twórcy coraz chętniej sięgają po różnorodne środki wyrazu.
Pisarze, których żywiołem do niedawna były słowa spisane na papierze, dziś tworzą scenariusze komiksów i gier komputerowych, a także reżyserują filmy. Granice między mediami coraz łatwiej przekraczać, co w naturalny sposób prowadzi nas do narracji intermedialnych. Trudno przewidzieć jak istotne dla naszej kultury okażą się takie właśnie opowieści. Można jednak przypuszczać, że ich popularność będzie rosła, są one bowiem bardzo atrakcyjne zarówno dla twórcy, jak i dla odbiorcy, a przy tym niezwykle opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia.
Dla twórcy wartość kryje się przede wszystkim w dostępie do nadzwyczajnie szerokiego spektrum środków wyrazu. Nie tylko może on wykorzystać wszelkie techniki charakterystyczne dla poszczególnych mediów -- niejednokrotnie zyskują one przy tym zupełnie nowy wymiar -- ale też otwierają się przed nim nowe, unikalne możliwości. Wolność artystyczna nigdy jeszcze nie była tak ogromna, a i szansa twórczej gry z różnorodnymi konwencjami może się okazać kusząca.
A i dla widza narracja intermedialna jest niezwykle atrakcyjna. Cieszy nie tylko różnorodność bodźców, ale i wysiłek, który trzeba włożyć w dekodowanie dzieła. A przy tym sztuka staje się bardziej egalitarna. Wielopoziomowość i segmentowa struktura dzieła sprawiają, że może ono dotrzeć -- choćby częściowo -- do szerokiego spektrum odbiorców. Na przykładzie Matrixa widać przecież wyraźnie, że nie każdy musi zgromadzić wszystkie klocki. Większość odbiorców zapewne zadowoliła się obejrzeniem filmów. Ci jednak, którym nie zabrakło umiejętności, wiedzy i czasu, mogli wydobyć z dzieła braci Wachowskich znacznie więcej.
Nie można też zignorować czysto ekonomicznych korzyści. Więcej elementów dzieła, to więcej towaru, który można sprzedać. Dla dystrybutorów i producentów jest to przede wszystkim dobry interes. A przecież to właśnie oni finansują twórców. Wszystko to przemawia za tym, że być może powinniśmy zacząć się przyzwyczajać do obecności intermedialnych narracji w naszej kulturze. Dlatego też warto zapytać o konsekwencje ich obecności w naszym otoczeniu oraz zastanowić się nad wymaganiami, jakie przed nami stawiają.
[...]
