blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

15Oct/091

Cztery róże dla Julii Marcell

Pierwszy raz usłyszałem o Julii Marcell dwa lata temu, gdy sprawa jej kariery z sellaband po raz pierwszy przetoczyła się po blogosferze. Wtedy jeszcze zbierała pieniądze na wydanie swojej płyty, a buzz pełen zachwytów i porównań do Tori Amos rozkwitał na całego. Posłuchałem, nie zachwyciłem się, a moją uwagę przykuł raczej sam serwis.

Sellaband to miejsce, w którym spotykają się twórcy z odbiorcami, a producenci zaglądają zza rogu ciekawie. Każdy może umieścić tam swoje utwory i liczyć na zainteresowanie internautów. Każdy słuchacz może ocenić, i jeśli spodoba mu się to co widzi i słyszy -- zainwestować w taki projekt. Sellaband sprzedaje udziały. Za 10 dolarów zyskuje się jeden udział i prawo do specjalnej edycji płyty, jeśli takowa zostanie wydana. Po zakupie tysiąca udziałów można nawet czasem uczestniczyć w nagrywaniu, w roli obserwatora czy chórku. A płyty są nagrywane, bowiem w chwili gdy artysta uzbiera 50000 dolarów, sellaband organizuje studio, producenta, a twórca może nagrać swoją płytę na swoich własnych zasadach.

6May/068

V jak Vendetta

Alan Moore nie ma szczęścia do adaptacji swoich komiksów. Nienajgorszy From Hell, potem nieszczęsna Liga Niezwyklych Dżentelmenów, która kompletnie przeoczyła klimat komiksu. Po tym filmie (i sporach z wydawcą DC Comics) Moore postanowił usuwać swoje nazwisko z każdej kolejnej adaptacji. Nie pojawił się wśród autorów Constantine'a choć to on wymyślił tę postać, która z komiksowego maga przekształciła się w filmowego egzorcystę. Zabrakło też jego nazwiska w napisach końcowych V jak Vendetta. A tym razem chyba troszkę szkoda, bo film okazał się całÄ¸iem niezły.

Ale zacznę od podkreślenia oczywistego faktu - ten film jest adaptacją komiksu. Próbą przeniesienia opowieści pomiędzy dwoma zupełnie różnymi mediami. Środki wyrazu i konwencje w które narracja zostaje uwikłana muszą być zupełnie inne. Dlatego też nie należy oczekiwać wiernego przeniesienia jakiejkolwiek powieści, także graficznej, na duży ekran. To ogólna uwaga dla tych wszystkich fanów komiksu, którzy chcieliby filmowi zarzucić uproszczenia, zmiany i skróty. Owszem są, jest ich dużo, ale moim zdaniem bracia Wachowscy, sprawdzili się w roli scenarzystów naprawdę nieźle. Intryga została mocno spłaszczona, na tyle by zmieścić się w dwóch godzinach filmu. Zmieniło się tło niektórych postaci, przebieg rewolucji, zakończenie, wyrzucono kilka mocnych scen (np. wizyta lecącego na psychedelikach policjanta w ruinach obozu), parę dopisano. To co zwykle. Zachowano jednak wystarczająco dużo, by opowieść była ideowo wierna, a zarazem poruszająca na filmowy sposób.

Był zatem V, bardziej ludzki niż w komiksie, ale nadal mocno ideowy. Zagrany ciałem i głosem Hugo Weavinga, z drobnym udziałem Jamesa Purefoy'a i kaskadera. Teatralne korzenie Weavinga z pewnością pozwoliły mu przetrwać bardzo niefilmowe monologi, z dużą ilością trudnych i długich słów. Przekonywał. Natalie Portman jako Evey spisała się równie dobrze, oddając przemianę przestraszonej dziewczyny w silną, niezłomną kobietę. Podobali mi się też pozostali aktorzy, zwłaszcza Stephen Rea jako inspektor Finch oraz John Hurt (ten sam, którego system niszczył w adaptacji 1984) w roli kanclerza Sutlera. Aktorsko film był naprawdę zadowalający.

Nieco gorzej było z wizualnością. Nieco gorzej. Niektóre ujęcia ujmowały grą światła i ciemności, kontrastami nastrojów, i tylko dwa razy uderzyło mnie nadmierne "matrixowe" efekciarstwo - spadające krople deszczu i ostatnia walka wytrąciły mnie z klimatu. Ale poza tym było naprawdę dobrze. Filmowe środki wyrazu zagrały tak, jak powinny, chwilami uderzając mocniej, niż komiksowe odpowiedniki (np. deszcz i ogień przy przemianie Evey).

Była także idea, w niektórych miejscach rozwodniona (złagodzono anarchizm V), w innych prowokacyjnie uwspółcześniona (nawiązania do terroryzmu). Ale przedstawiona w sposób jasny i wyraźny. Lubię filmy, które sprawiają wrażenie, że mają coś do powiedzenia, a nie tylko do pokazania. Niektórzy zarzucają Wachowskim przegadanie, jak w drugim Matrixie. Ja powiedziałbym raczej, że zaletą filmu jest jego lekkie przegadanie, jak w drugim Matrixie. Myślę, że w wielu widzach obudzi się myśl o wolności, a przynajmniej pomyślą chwilę nad swoim strachem. Zresztą historia została subtelnie dopasowana do znanych nam realiów. Choćby zastąpienie radia (komiksowego głosu) telewizją z pewnością sprawiło, że przekaz stał się bardziej czytelny dla współczesnego telewidza. Być może niektórzy nawet zaczną dumać nad tym, dlaczego w telewizji emituje się tak wiele złych wiadomości.

Ogólnie mówiąc film wart jest zobaczenia. Dla idei, dla obrazu i dla docenienia pracy aktorów. Zainspirował mnie też do kilku rozważań na temat natury adaptacji, o których pewnie wkrótce coś napiszę.

Jeszcze mała uwaga o okolicznościach. To był pierwszy dzień emisji w Zielonej Górze. Pierwszy seans się nie odbył, bo zjawiły się tylko 3 osoby. Na drugim było około 20. Skromnie. Ale przynajmniej nie było jak w multikinie, na co skarżył się niegdyś Maciej Miąsik . Kilka zapowiedzi, żadnych filmów antypirackich, spokój. Małe kina mają swoje zalety - jeśli tylko zbiorą się więcej niż cztery osoby. ;)

Tagged as: , 8 Comments
6Mar/0618

Yasmin Levy – La Juderia

Dawno, dawno temu, w 1492 roku hiszpańscy Ĺťydzi musieli opuścić swój kraj. Zabrali ze sobą swój język - dziś nazywany Ladino. Poddany wielu zewnętrznym wpływom dialekt przetrwał do naszych czasów. Podobno wciąż jest zrozumiały dla władających hiszpańskim, choć wpływy hebrajskie czy tureckie pozostawiły swój ślad. Ale coraz mniej jest ludzi aktywnie go wykorzystujących - ladino przetrwało kilkaset lat, lecz już umiera.

Podobną walkę o przetrwanie toczy kultura budowana w tym języku. Zachowały się średniowieczne pieśni, przez stulecia poddawane orientalnym wpływom. Zachowały coś z hiszpańskiego żywiołu, nasiąkając zarazem bliskowschodnimi brzmieniami. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju - sefardyjskie pieśni mają niesamowity urok. I tak oto dochodzimy do bohaterki dzisiejszego wpisu, czyli jednego z moich najnowszych odkryć.

Yasmin Levy odziedziczyła po ojcu fascynację kulturą judeo-hiszpańską. Od dziecka posługiwała się ladino i śpiewała sefardyjskie pieśni. W 2000 roku wydała płytę Romance & Yasmin z wyborem ballad i lirycznych pieśni. Wyśpiewane w ladino, przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, zauroczyły Europę. W w 2005 roku ukazała się kolejna płyta - La Juderia - i ta z kolei zauroczyła mnie (poprzedniej jeszcze nie udało mi się zdobyć, ale to z pewnością kwestia czasu).

La Juderia jest płytą na której Ladino spotyka się z Flamenco. Gdy te dwie tradycje zbliżyły się - naprawdę poszły iskry. Cała płyta jest po prostu cudowna. Głos Yasmin jest przepiękny - melodyjny i rzewny, ale gdy trzeba niezwykle potężny. Jej śpiew jest bardzo emocjonalny i pociąga za wszystkie właściwe sznureczki mojej duszy. Czasem jest tak pełen żalu i smutku, że aż rozdziera - choćby w otwierającym płytę Naci el Alamo (Vengo). Innym razem wydaje się być przepełniony gniewiem, by po chwili znów koić (La serena). Nie jest to przy tym uładzony śpiew europejskich spadkobierców tradycji bel canto - bliżej tu do archaicznych tradycji, białych głosów i nosowych wibracji. Wszystko wydaje się bardzo głębokie, wydarte z wnętrzności, szczere. Nie rozumiem ani jednego śpiewanego przez nią słowa, a i tak jej wierzę.

Bardzo polecam tę płytę wszystkim wielbicielom kobiecych głosów, orientalnych wpływów, hiszpańskich rytmow i emocjonalnej muzyki. Mnie zachwyciła.

24Nov/050

Lhasa – La Llorona

Tytułem wstępu -- mam wyraźną słabość na punkcie kobiecych głosów. Jest to zwykle druga rzecz, na którą zwracam uwagę w rozmowie z kobietą. ;) I przekłada się to naturalnie na muzykę -- śpiewające kobiety potrafią przykuć mnie do głośników na długo. Od kilku dni cieszę się nowym odkryciem.

Lhasa ma głos wspaniały. Głęboki, zmysłowy, taki od którego uda drżą. La Llorona to jej pierwsza płyta, podobno inspirowana motywem syreny (czy raczej ich azteckiego odpowiednika). Płyta jest na rynku od 1998 roku -- stwierdzam to z wielkim żalem, bo sam odkryłem ją dopiero teraz.

Klimatycznie płyta przechodzi łagodnie od nostalgicznych, smutnych pieśni, do drapieżnych utworów, z duchem tanga w tle. Ma bardzo "hiszpańskie" brzmienie -- dużo tu perfekcyjnych, akustycznych gitar, bas cudnie pulsuje w tle, wspomagany mnóstwem subtelnych dodatków. Dźwiękowo jest to płyta stworzona do odkrywania.

Ale głos, głos i tak dominuje nad wszystkim. Jest w nim tak wiele emocji, pasji, ognia. Jeśli napotkałbym syrenę, która uderzyłaby mnie takim Desdenosa albo El Arbol Del Olivido -- nie wiem, czy zdołałbym się oprzeć. Ten głos chwilami koi, chwilami porywa, ale raz pochwyconej uwagi nie wypuszcza.

Bardzo polecam.

19Nov/050

Ukryci i przyczajeni

No i kolejny raz obejrzałem Skradającego się tygrysa, ukrytego smoka. Chusteczki znów się przydały. Po prostu rozkłada mnie ten film, ilekroć go widzę. Klasyczna tragedia opowiedziana w konwencji chińskiej baśni o superwojownikach, czy raczej o artystach sztuk walki. Oczywiście można się czepiać walk na linkach, absurdalnych chwilami obrazów -- i tak pozostaje to dzieło wielkiego formatu.

Smutek tego filmu jest niezwykle głęboki, a historia konsekwentna aż do bólu. Kilka dróg życiowych, i wszystkie zakończone porażką. Ani zasady, ani wolność, ani miłość, ani samorozwój -- ostatecznie nic nie jest w stanie ocalić bohaterów. Jak w greckiej tragedii zakończenie może być tylko jedno. Scenariusz jest prawdziwą perełką.

Do tego film pieści audiowizualnie. Muzyka i obraz tworzą razem połączenie niemal doskonałe. U wielu ludzi wątpliwości budzą ci wszyscy latający wojownicy, ale to przecież wymóg konwencji. W Chinach o mistrzach sztuk walki nie takie historie się opowiadało. A muszę przyznać, że niezmiernie podoba mi się kierunek w jakim rozwija się tradycja chińskich filmów walki. Od czasów Jednorękiego szermierza, Dawno temu w Chinach i innych perełek wiele się zmieniło na lepsze. Na jeszcze lepsze.

Aż z wrażenia będę sobie musiał przypomnieć Hero, który jest co najmniej równie dobry.

Tagged as: , No Comments