Precious
Do twórczości Depeche Mode mam wyraźny sentyment. Nie byłem nigdy wielkim fanem, a ich twórczość odkryłem dość późno. Pierwszą płytą, którą starannie przesłuchałem od początku do końca była Ultra. Dopiero poźniejsze wyprawy w przeszłość pozwoliły uchwycić całość zjawiska zwanego DM. Nie darzę ich szczególnych kultem, ale lubię posłuchać płyt od Black Celebration w górę. I zawsze czekam z zainteresowaniem na nowe dokonania.
Playing the Angel nie jest płytą, która zachwyca, wywołuje natychmiastowe uwielbienie czy powala na kolana. Nie tak od razu. Na pierwszy rzut oka może się wręcz wydawać banalna. Dopiero dokładniejsze wsłuchanie się odsłania to, za co tak lubię ich twórczość.
Po pierwsze dźwięki. DM zawsze tworzyli śliczne melodyjki skonstruowane z dźwięków, które ze ślicznością wcale się nie kojarzą. Tu jest to bardzo wyraźne. Podkłady są bardzo niemelodyjne, zlepione z fascynująco brzydkich brzmień. Niektóre balansują na granicy przyjemnej słuchalności -- dużo tu szumów, zgrzytów i tym podobnych. Są chwile, gdy melodyjność piosenki utrzymywana jest wyłącznie przez wokal, pod którym dźwięki dosłownie szaleją. Zadziwiające, że na pierwszy rzut oka wydaje się, że są to śliczne, proste melodyjki.
Po drugie teksty. Wciąż trwa gra w panów i niewolników. Wciąż przepełnione są jakąś perwersyjną zmysłowością. Tu nic się nie zmienia od lat. Ale teksty na nowej płycie są zwyczajnie dobre i bardzo takie depechowe. To efekty doskonałego rzemiosła -- trzymają poziom.
Po trzecie głosy. Różnorodne, często przesterowane, ale i pełne znaczeń. Od dynamicznych i niemal wykrzyczanych, po mechanicznie recytowane. Współgrają ze słowami i melodiami, które ze sobą niosą. Naturalnie śpiewy Martina jak zwykle mnie drażnią swoją rozmemłaną manierycznością, ale dwugłos Dave'a i Martina brzmi jak zwykle doskonale. Martin świetnie wyciąga tam, gdzie Dave nie daje już rady.
Po czwarte piosenki. Jeszcze za wcześnie na ocenę -- muszę przejść próbę czasu. Pierwsze wrażenia są jednak nie najgorsze. Póki co pamiętam przede wszystkim transowy The Darkest Star, drapieżny A Pain That I'm Used To, sięgający przeszłości w nowoczesny sposób Suffer Well, połamany The Sinner In Me i miękko mechaniczny Nothing's Impossible. Ale tuż za czołówką tkwią dynamicznie heretycki John the Revelator, przytulny Precious, kusząco usypiający I Want It All czy banalnie wkręcająca się w głowę Lillian. Stawkę zamykają "gore'owskie" Macrovision i Damaged People. No i jest jeszcze miniaturowy Introspectre, którego alchemiczne związki z The Darkest Star śledzę z przyjemnoscią.
Podsumowując: twarde dźwięki w miękkim opakowaniu. Jak to mawiają Chińczycy -- stal owinięta bawełną. A pamiętając, że prawdziwe pazurki DM pokazuje na singlach, czekam na nie z dużą ciekawością. Warto. Nie tylko dla fanów DM. Także dla sympatyków muzyki elektronicznej z pogranicza popiku.
