Cztery róże dla Julii Marcell
Pierwszy raz usłyszałem o Julii Marcell dwa lata temu, gdy sprawa jej kariery z sellaband po raz pierwszy przetoczyła się po blogosferze. Wtedy jeszcze zbierała pieniądze na wydanie swojej płyty, a buzz pełen zachwytów i porównań do Tori Amos rozkwitał na całego. Posłuchałem, nie zachwyciłem się, a moją uwagę przykuł raczej sam serwis.
Sellaband to miejsce, w którym spotykają się twórcy z odbiorcami, a producenci zaglądają zza rogu ciekawie. Każdy może umieścić tam swoje utwory i liczyć na zainteresowanie internautów. Każdy słuchacz może ocenić, i jeśli spodoba mu się to co widzi i słyszy -- zainwestować w taki projekt. Sellaband sprzedaje udziały. Za 10 dolarów zyskuje się jeden udział i prawo do specjalnej edycji płyty, jeśli takowa zostanie wydana. Po zakupie tysiąca udziałów można nawet czasem uczestniczyć w nagrywaniu, w roli obserwatora czy chórku. A płyty są nagrywane, bowiem w chwili gdy artysta uzbiera 50000 dolarów, sellaband organizuje studio, producenta, a twórca może nagrać swoją płytę na swoich własnych zasadach.
Yasmin Levy – La Juderia
Dawno, dawno temu, w 1492 roku hiszpańscy Ĺťydzi musieli opuścić swój kraj. Zabrali ze sobą swój język - dziś nazywany Ladino. Poddany wielu zewnętrznym wpływom dialekt przetrwał do naszych czasów. Podobno wciąż jest zrozumiały dla władających hiszpańskim, choć wpływy hebrajskie czy tureckie pozostawiły swój ślad. Ale coraz mniej jest ludzi aktywnie go wykorzystujących - ladino przetrwało kilkaset lat, lecz już umiera.
Podobną walkę o przetrwanie toczy kultura budowana w tym języku. Zachowały się średniowieczne pieśni, przez stulecia poddawane orientalnym wpływom. Zachowały coś z hiszpańskiego żywiołu, nasiąkając zarazem bliskowschodnimi brzmieniami. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju - sefardyjskie pieśni mają niesamowity urok. I tak oto dochodzimy do bohaterki dzisiejszego wpisu, czyli jednego z moich najnowszych odkryć.
Yasmin Levy odziedziczyła po ojcu fascynację kulturą judeo-hiszpańską. Od dziecka posługiwała się ladino i śpiewała sefardyjskie pieśni. W 2000 roku wydała płytę Romance & Yasmin z wyborem ballad i lirycznych pieśni. Wyśpiewane w ladino, przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, zauroczyły Europę. W w 2005 roku ukazała się kolejna płyta - La Juderia - i ta z kolei zauroczyła mnie (poprzedniej jeszcze nie udało mi się zdobyć, ale to z pewnością kwestia czasu).
La Juderia jest płytą na której Ladino spotyka się z Flamenco. Gdy te dwie tradycje zbliżyły się - naprawdę poszły iskry. Cała płyta jest po prostu cudowna. Głos Yasmin jest przepiękny - melodyjny i rzewny, ale gdy trzeba niezwykle potężny. Jej śpiew jest bardzo emocjonalny i pociąga za wszystkie właściwe sznureczki mojej duszy. Czasem jest tak pełen żalu i smutku, że aż rozdziera - choćby w otwierającym płytę Naci el Alamo (Vengo). Innym razem wydaje się być przepełniony gniewiem, by po chwili znów koić (La serena). Nie jest to przy tym uładzony śpiew europejskich spadkobierców tradycji bel canto - bliżej tu do archaicznych tradycji, białych głosów i nosowych wibracji. Wszystko wydaje się bardzo głębokie, wydarte z wnętrzności, szczere. Nie rozumiem ani jednego śpiewanego przez nią słowa, a i tak jej wierzę.
Bardzo polecam tę płytę wszystkim wielbicielom kobiecych głosów, orientalnych wpływów, hiszpańskich rytmow i emocjonalnej muzyki. Mnie zachwyciła.
Lhasa – La Llorona
Tytułem wstępu -- mam wyraźną słabość na punkcie kobiecych głosów. Jest to zwykle druga rzecz, na którą zwracam uwagę w rozmowie z kobietą. ;) I przekłada się to naturalnie na muzykę -- śpiewające kobiety potrafią przykuć mnie do głośników na długo. Od kilku dni cieszę się nowym odkryciem.
Lhasa ma głos wspaniały. Głęboki, zmysłowy, taki od którego uda drżą. La Llorona to jej pierwsza płyta, podobno inspirowana motywem syreny (czy raczej ich azteckiego odpowiednika). Płyta jest na rynku od 1998 roku -- stwierdzam to z wielkim żalem, bo sam odkryłem ją dopiero teraz.
Klimatycznie płyta przechodzi łagodnie od nostalgicznych, smutnych pieśni, do drapieżnych utworów, z duchem tanga w tle. Ma bardzo "hiszpańskie" brzmienie -- dużo tu perfekcyjnych, akustycznych gitar, bas cudnie pulsuje w tle, wspomagany mnóstwem subtelnych dodatków. Dźwiękowo jest to płyta stworzona do odkrywania.
Ale głos, głos i tak dominuje nad wszystkim. Jest w nim tak wiele emocji, pasji, ognia. Jeśli napotkałbym syrenę, która uderzyłaby mnie takim Desdenosa albo El Arbol Del Olivido -- nie wiem, czy zdołałbym się oprzeć. Ten głos chwilami koi, chwilami porywa, ale raz pochwyconej uwagi nie wypuszcza.
Bardzo polecam.
Precious
Do twórczości Depeche Mode mam wyraźny sentyment. Nie byłem nigdy wielkim fanem, a ich twórczość odkryłem dość późno. Pierwszą płytą, którą starannie przesłuchałem od początku do końca była Ultra. Dopiero poźniejsze wyprawy w przeszłość pozwoliły uchwycić całość zjawiska zwanego DM. Nie darzę ich szczególnych kultem, ale lubię posłuchać płyt od Black Celebration w górę. I zawsze czekam z zainteresowaniem na nowe dokonania.
Playing the Angel nie jest płytą, która zachwyca, wywołuje natychmiastowe uwielbienie czy powala na kolana. Nie tak od razu. Na pierwszy rzut oka może się wręcz wydawać banalna. Dopiero dokładniejsze wsłuchanie się odsłania to, za co tak lubię ich twórczość.
Po pierwsze dźwięki. DM zawsze tworzyli śliczne melodyjki skonstruowane z dźwięków, które ze ślicznością wcale się nie kojarzą. Tu jest to bardzo wyraźne. Podkłady są bardzo niemelodyjne, zlepione z fascynująco brzydkich brzmień. Niektóre balansują na granicy przyjemnej słuchalności -- dużo tu szumów, zgrzytów i tym podobnych. Są chwile, gdy melodyjność piosenki utrzymywana jest wyłącznie przez wokal, pod którym dźwięki dosłownie szaleją. Zadziwiające, że na pierwszy rzut oka wydaje się, że są to śliczne, proste melodyjki.
Po drugie teksty. Wciąż trwa gra w panów i niewolników. Wciąż przepełnione są jakąś perwersyjną zmysłowością. Tu nic się nie zmienia od lat. Ale teksty na nowej płycie są zwyczajnie dobre i bardzo takie depechowe. To efekty doskonałego rzemiosła -- trzymają poziom.
Po trzecie głosy. Różnorodne, często przesterowane, ale i pełne znaczeń. Od dynamicznych i niemal wykrzyczanych, po mechanicznie recytowane. Współgrają ze słowami i melodiami, które ze sobą niosą. Naturalnie śpiewy Martina jak zwykle mnie drażnią swoją rozmemłaną manierycznością, ale dwugłos Dave'a i Martina brzmi jak zwykle doskonale. Martin świetnie wyciąga tam, gdzie Dave nie daje już rady.
Po czwarte piosenki. Jeszcze za wcześnie na ocenę -- muszę przejść próbę czasu. Pierwsze wrażenia są jednak nie najgorsze. Póki co pamiętam przede wszystkim transowy The Darkest Star, drapieżny A Pain That I'm Used To, sięgający przeszłości w nowoczesny sposób Suffer Well, połamany The Sinner In Me i miękko mechaniczny Nothing's Impossible. Ale tuż za czołówką tkwią dynamicznie heretycki John the Revelator, przytulny Precious, kusząco usypiający I Want It All czy banalnie wkręcająca się w głowę Lillian. Stawkę zamykają "gore'owskie" Macrovision i Damaged People. No i jest jeszcze miniaturowy Introspectre, którego alchemiczne związki z The Darkest Star śledzę z przyjemnoscią.
Podsumowując: twarde dźwięki w miękkim opakowaniu. Jak to mawiają Chińczycy -- stal owinięta bawełną. A pamiętając, że prawdziwe pazurki DM pokazuje na singlach, czekam na nie z dużą ciekawością. Warto. Nie tylko dla fanów DM. Także dla sympatyków muzyki elektronicznej z pogranicza popiku.
