blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

6May/068

V jak Vendetta

Alan Moore nie ma szczęścia do adaptacji swoich komiksów. Nienajgorszy From Hell, potem nieszczęsna Liga Niezwyklych Dżentelmenów, która kompletnie przeoczyła klimat komiksu. Po tym filmie (i sporach z wydawcą DC Comics) Moore postanowił usuwać swoje nazwisko z każdej kolejnej adaptacji. Nie pojawił się wśród autorów Constantine'a choć to on wymyślił tę postać, która z komiksowego maga przekształciła się w filmowego egzorcystę. Zabrakło też jego nazwiska w napisach końcowych V jak Vendetta. A tym razem chyba troszkę szkoda, bo film okazał się całÄ¸iem niezły.

Ale zacznę od podkreślenia oczywistego faktu - ten film jest adaptacją komiksu. Próbą przeniesienia opowieści pomiędzy dwoma zupełnie różnymi mediami. Środki wyrazu i konwencje w które narracja zostaje uwikłana muszą być zupełnie inne. Dlatego też nie należy oczekiwać wiernego przeniesienia jakiejkolwiek powieści, także graficznej, na duży ekran. To ogólna uwaga dla tych wszystkich fanów komiksu, którzy chcieliby filmowi zarzucić uproszczenia, zmiany i skróty. Owszem są, jest ich dużo, ale moim zdaniem bracia Wachowscy, sprawdzili się w roli scenarzystów naprawdę nieźle. Intryga została mocno spłaszczona, na tyle by zmieścić się w dwóch godzinach filmu. Zmieniło się tło niektórych postaci, przebieg rewolucji, zakończenie, wyrzucono kilka mocnych scen (np. wizyta lecącego na psychedelikach policjanta w ruinach obozu), parę dopisano. To co zwykle. Zachowano jednak wystarczająco dużo, by opowieść była ideowo wierna, a zarazem poruszająca na filmowy sposób.

Był zatem V, bardziej ludzki niż w komiksie, ale nadal mocno ideowy. Zagrany ciałem i głosem Hugo Weavinga, z drobnym udziałem Jamesa Purefoy'a i kaskadera. Teatralne korzenie Weavinga z pewnością pozwoliły mu przetrwać bardzo niefilmowe monologi, z dużą ilością trudnych i długich słów. Przekonywał. Natalie Portman jako Evey spisała się równie dobrze, oddając przemianę przestraszonej dziewczyny w silną, niezłomną kobietę. Podobali mi się też pozostali aktorzy, zwłaszcza Stephen Rea jako inspektor Finch oraz John Hurt (ten sam, którego system niszczył w adaptacji 1984) w roli kanclerza Sutlera. Aktorsko film był naprawdę zadowalający.

Nieco gorzej było z wizualnością. Nieco gorzej. Niektóre ujęcia ujmowały grą światła i ciemności, kontrastami nastrojów, i tylko dwa razy uderzyło mnie nadmierne "matrixowe" efekciarstwo - spadające krople deszczu i ostatnia walka wytrąciły mnie z klimatu. Ale poza tym było naprawdę dobrze. Filmowe środki wyrazu zagrały tak, jak powinny, chwilami uderzając mocniej, niż komiksowe odpowiedniki (np. deszcz i ogień przy przemianie Evey).

Była także idea, w niektórych miejscach rozwodniona (złagodzono anarchizm V), w innych prowokacyjnie uwspółcześniona (nawiązania do terroryzmu). Ale przedstawiona w sposób jasny i wyraźny. Lubię filmy, które sprawiają wrażenie, że mają coś do powiedzenia, a nie tylko do pokazania. Niektórzy zarzucają Wachowskim przegadanie, jak w drugim Matrixie. Ja powiedziałbym raczej, że zaletą filmu jest jego lekkie przegadanie, jak w drugim Matrixie. Myślę, że w wielu widzach obudzi się myśl o wolności, a przynajmniej pomyślą chwilę nad swoim strachem. Zresztą historia została subtelnie dopasowana do znanych nam realiów. Choćby zastąpienie radia (komiksowego głosu) telewizją z pewnością sprawiło, że przekaz stał się bardziej czytelny dla współczesnego telewidza. Być może niektórzy nawet zaczną dumać nad tym, dlaczego w telewizji emituje się tak wiele złych wiadomości.

Ogólnie mówiąc film wart jest zobaczenia. Dla idei, dla obrazu i dla docenienia pracy aktorów. Zainspirował mnie też do kilku rozważań na temat natury adaptacji, o których pewnie wkrótce coś napiszę.

Jeszcze mała uwaga o okolicznościach. To był pierwszy dzień emisji w Zielonej Górze. Pierwszy seans się nie odbył, bo zjawiły się tylko 3 osoby. Na drugim było około 20. Skromnie. Ale przynajmniej nie było jak w multikinie, na co skarżył się niegdyś Maciej Miąsik . Kilka zapowiedzi, żadnych filmów antypirackich, spokój. Małe kina mają swoje zalety - jeśli tylko zbiorą się więcej niż cztery osoby. ;)

Tagged as: , 8 Comments
19Nov/050

Ukryci i przyczajeni

No i kolejny raz obejrzałem Skradającego się tygrysa, ukrytego smoka. Chusteczki znów się przydały. Po prostu rozkłada mnie ten film, ilekroć go widzę. Klasyczna tragedia opowiedziana w konwencji chińskiej baśni o superwojownikach, czy raczej o artystach sztuk walki. Oczywiście można się czepiać walk na linkach, absurdalnych chwilami obrazów -- i tak pozostaje to dzieło wielkiego formatu.

Smutek tego filmu jest niezwykle głęboki, a historia konsekwentna aż do bólu. Kilka dróg życiowych, i wszystkie zakończone porażką. Ani zasady, ani wolność, ani miłość, ani samorozwój -- ostatecznie nic nie jest w stanie ocalić bohaterów. Jak w greckiej tragedii zakończenie może być tylko jedno. Scenariusz jest prawdziwą perełką.

Do tego film pieści audiowizualnie. Muzyka i obraz tworzą razem połączenie niemal doskonałe. U wielu ludzi wątpliwości budzą ci wszyscy latający wojownicy, ale to przecież wymóg konwencji. W Chinach o mistrzach sztuk walki nie takie historie się opowiadało. A muszę przyznać, że niezmiernie podoba mi się kierunek w jakim rozwija się tradycja chińskich filmów walki. Od czasów Jednorękiego szermierza, Dawno temu w Chinach i innych perełek wiele się zmieniło na lepsze. Na jeszcze lepsze.

Aż z wrażenia będę sobie musiał przypomnieć Hero, który jest co najmniej równie dobry.

Tagged as: , No Comments