Cztery róże dla Julii Marcell
Pierwszy raz usłyszałem o Julii Marcell dwa lata temu, gdy sprawa jej kariery z sellaband po raz pierwszy przetoczyła się po blogosferze. Wtedy jeszcze zbierała pieniądze na wydanie swojej płyty, a buzz pełen zachwytów i porównań do Tori Amos rozkwitał na całego. Posłuchałem, nie zachwyciłem się, a moją uwagę przykuł raczej sam serwis.
Sellaband to miejsce, w którym spotykają się twórcy z odbiorcami, a producenci zaglądają zza rogu ciekawie. Każdy może umieścić tam swoje utwory i liczyć na zainteresowanie internautów. Każdy słuchacz może ocenić, i jeśli spodoba mu się to co widzi i słyszy -- zainwestować w taki projekt. Sellaband sprzedaje udziały. Za 10 dolarów zyskuje się jeden udział i prawo do specjalnej edycji płyty, jeśli takowa zostanie wydana. Po zakupie tysiąca udziałów można nawet czasem uczestniczyć w nagrywaniu, w roli obserwatora czy chórku. A płyty są nagrywane, bowiem w chwili gdy artysta uzbiera 50000 dolarów, sellaband organizuje studio, producenta, a twórca może nagrać swoją płytę na swoich własnych zasadach.
