Serwisy informacyjne (i inne programy rozrywkowe…)
Ostatnio na jednych z moich zajęć doszło do małej dyskusji na temat serwisów informacyjnych. Okazuje się, że wielu studentów/ludzi wciąż jeszcze traktuje Wiadomości, Informacje czy Fakty jako źródło wiadomości, informacji czy faktów. Jako źródło wiedzy ogólnie mówiąc. A przecież gdy przyjrzeć się podstawowym mechanizmom działania telewizji, sprawa okazuje się oczywista.
Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że każda stacja telewizyjna, niezależnie od tego czy jest publiczna czy prywatna, ma misję: Zarobić Dużo Pieniędzy. Celem nie jest zbawianie ludzkości, dostarczanie rozrywek, edukowanie czy uświadamianie polityczne. Celem jest zarabianie pieniędzy.
Podstawowym źródłem dochodów stacji telewizyjnych są reklamodawcy. Aby skłonić reklamodawcę do tego, by dał stacji telewizyjnej Dużo Pieniędzy, należy mu zaoferować towar. Towarem są sprzedawani hurtowo telewidzowie, ich uwaga, czas poświęcony na wpatrywanie się. Stacje telewizyjne sprzedają reklamodawcom czas i uwagę telewidzów. Telewidzowie oczywiście nie dostają swojej działki z tej transakcji, choć to ich czas i ich uwaga jest tu sprzedawana. Ale czy sprzedana na targu ryba domaga się procentu od ceny, w zamian za czas poświęcony na połknięcie haczyka? Podobnie i widz nie domaga się pieniędzy za to, że haczyk przeżuwa. Całe piękno tego biznesu polega na tym, że jednego widza można sprzedać wielokrotnie i to nie tylko reklamodawcom, lecz również politykom na przykład.
Skoro stacja telewizyjna sprzedaje widzów, to musi ich złowić. Haczykiem jest szeroko rozumiana rozrywka. Łapie się zatem rybki na takie programy rozrywkowe jak teleturnieje, seriale, filmy, sport czy wreszcie serwisy informacyjne. Zasada w każdym przypadku jest dokładnie taka sama -- należy wyemitować takie programy, które przykują do ekranu odpowiednio wyprofilowaną grupę odbiorców, a następnie (lub w trakcie) pokazać im reklamy. Każdemu reklamodawcy można wtedy sprzedać odpowiedni "target". Mydlana opera przyciąga kobiety. Teleturnieje przyciągają intelektualistów i krzyżówkowiczów. Filmy przyciągają wszystkich. A serwisy informacyjne, przyciągają tzw. świadomych obywateli, mężczyzn (zazwyczaj) lubiących wiedzieć co się dzieje na świecie.
Należy jednak pamiętać o tym, że serwisy informacyjne wcale nie mówią o tym, co się dzieje na świecie. Wręcz przeciwnie. To co się dzieje na świecie jest przeraźliwie nudne, banalne i obrzydliwie wręcz niemedialne. A zatem przeprowadza się ostrą selekcję, pokazując tylko, co może przykuć uwagę telewidzów. Gdyby wierzyć dziennikom, okazałoby się, że na świecie są tylko wypadki, katastrofy, oszustwa, tragedie i politycy (też macie wrażenie, że polityków wymieniłem więcej niż raz?). To bardzo nierzeczywisty obraz świata, ale też nie o prawdę tu przecież chodzi. To przecież tylko rozrywka. Dziennikarze będą nam wprawdzie wmawiać, że to wszystko jest ważne, że kapitalne znaczenie w naszym życiu ma to, czy premier dziś kocha swoich wicepremierów czy też mają ciche dni, że ważne jest jaka pogoda jest na południu Stanów Zjednoczonych. A to wszystko medialna fikcja, mająca na celu przykucie do telewizora kolejnego widza.
Serwisy informacyjne, podobnie jak pozostałe typy programów rozrywkowych, rządzą się prawami zabawy, a nie prawdy. Obraz świata prezentowany w Wiadomościach jest równie rzeczywisty, jak obraz świata w wenezuelskiej telenoweli. Dyskusje o tym, czy bardziej rzetelne są Fakty czy Informacje, mają równie wiele sensu, co dyskusje o tym, która kandydatka na miss jest piękniejsza -- temat jest fascynujący, ale i zupełnie nieistotny. Zatem emocjonujcie się wiadomościami, dyskutujcie o nich, rzucajcie mięsem w gwiazdy serwisów, ale... nie wierzcie w to wszystko. To tylko entertainment.
O społeczeństwie nie-E-piśmiennym
Kiedyś w ramach walki o równy dostęp do edukacji, wiedzy i dóbr kultury walczono z analfabetyzmem. Przyjmowano, że jednostka pozbawiona umiejętności nazywanych zbiorczo piśmiennością nie była w stanie sprawnie poruszać się w świecie społecznym, a jej dostęp do kultury pozostawał bardzo ograniczony. Obowiązek szkolny sprawił, że większość obywateli naszego pięknego kraju potrafi czytać i pisać w stopniu przynajmniej podstawowym. Ale dziś to już nie wystarcza.
Mamy szczęście należeć do elity -- tych nielicznych, którzy posiadają komputer, na co dzień korzystają z internetu, żyją informacją. W naszej codzienności komputery zadomowiły się już tak bardzo, że zdarza nam się zapominać, że większość ludzkości z komputera nie korzysta wcale, albo robi to sporadycznie. My uprzywilejowani, my będący online, zapominamy często, że istnieje życie bez komputerów. Ĺťe jeszcze niedawno i w naszym kraju istniało. Ĺťe dla niektórych ludzi wciąż istnieje. Nie radzą sobie z komputerem w pracy, nie używają go w domu, w Sieci nie potrafią odnaleźć poszukiwanych treści. Nie posiadają nawet podstawowych komputerowych umiejętności. A w kraju pełnym komputerów e-piśmienność (czyli zbiór umiejętności niezbędnych do posługiwania się mediami elektronicznymi) staje się coraz bardziej potrzebna, a być może już nawet niezbędna. Tak rodzi się cyfrowa przepaść, pomiędzy usieciowionymi i pozostającymi offline.
Zastanawiam się jak głęboka jest ta przepaść, zwłaszcza tam gdzie mowa o dostępie do kultury. Czy ludzie pozbawieni elementarnych umiejętności związanych z komputerami są w stanie w pełni czerpać z kulturowych dóbr współczesnego świata? Czy też może istnieją już takie obszary kultury, które są dla nie-e-piśmiennych zupełnie niedostępne? Z pewnością powstają już dzieła, których pełna recepcja wymaga szerokiego wachlarza umiejętności medialnych. Pojawiają się narracje intermedialne (takie jak np. Matrix), których nie-e-piśmienni w pełni nie "przeczytają". Rozwija się także literatura hipertekstowa oraz wirtualna sztuka, której jedynym nośnikiem są bity. By w ogóle wkroczyć w te obszary, trzeba być obytym w świecie cyfrowym. Trzeba być człowiekiem e-piśmiennym.
Nie wiem, czy kultura przyszłości będzie bardziej ucyfrowiona. Z pewnością jednak e-piśmienność jest niezwykle ważnym i słabo zbadanym obszarem w edukacji. Bo właściwie kto ma tego uczyć? Szkolni informatycy? Poloniści? A może dzieciaki i bez naszej pomocy opanują - aż za dobrze - wszelkie niezbędne im umiejętności? A może my wszyscy możemy im jakoś w tym pomóx. Mam takie małe marzenie. Skoro blogosfera mogła zrodzić obywatelskie dziennikarstwo, może kiedyś pokusi się o siostrzyczkę - obywatelską edukację. Taką prawdziwą - niezależną, aktualną i skuteczną. Ale o tym śnie napiszę innym razem.
Fake Tool Hoax
Jak niektórzy pewnie wiedzą, odbyła się właśnie światowa premiera nowego albumu przezacnej grupy Tool. Płyta to bardzo oczekiwana, po ponad pięcioletniej przerwie, ale nie o niej będę tu pisał (zanim odważę się na ocenę, muszę się jeszcze osłuchać). Chcę za to zwrócić uwagę na kilka ciekawych zjawisk towarzyszących. Jak to ostatnimi czasy bywa, na dobre dwa tygodnie przed premierą, cały album można już było znaleźć w Sieci. To zaś sprowokowało interesującą falę fałszerstw i przekrętów.
Do fałszywek w sieciach p2p wszyscy są już przyzwyczajeni. Po każdej premierze wywołującej duże zainteresowanie, w sieci roi się od plików podszywających się pod przeboje. I zamiast kolejnego odcinka Harrego Pottera można ściągnąć film zgoła innej natury, z zupełnie innymi czarodziejkami (ale czasem też w okularach). Naturalnie podobnie było z najnowszą płytą Toola. Zamiast niej można było zdobyć albumy rozmaitych, mniej lub bardziej znanych zespołów. Mnie jednak najbardziej ucieszył ciekawy przypadek nowatorskiej autopromocji. W jednym z archiwów udających 10000 Days, można było znaleźć nagrania jakiegoś amatorskiego zespołu. Do plików dołączony był rozczulający liścik z przeprosinami i zachętą do przesłuchania tych utworów. Oto przykład sprawnego wykorzystania mechanizmów sieciowego marketingu. Z łatwością można sobie wyobrazić rzesze ludzi, którzy ściągnęli płytę nikomu nie znanego zespołu. Nawet jeśli ich muzyki posłucha jeden ściągający na dziesięciu, to i tak dotarli do sporego, doskonale wyprofilowanego "targetu".
Sytuację dodatkowo ubarwiał fakt, że zespół Tool znany jest z podpuszczania fanów na wiele rozmaitych sposobów. Przy okazji poprzednich premier zdarzało im się na przykład wypuszczać fałszywe okładki czy listy utworów, co miało zmylić potencjalnych piratów. Fani spodziewali się czegoś podobnego i tym razem. Zatem kiedy tylko gruchnęła wieść o wycieku nowej płyty, natychmiast pojawiły się teorie zgodnie z którą wyciek był kontrolowany, a płyta to tylko zmyłka. Można było natknąć się na kilka wariantów tej opowieści. Czasem dowodzono, że udostępniana w sieciach p2p płyta to tylko wersja demo. Innym razem sugerowano, że to tylko drugi dysk szykowanej edycji dwupłytowej, której premiera odbędzie się dwa tygodnie po premierze oficjalnej. Niektórzy posunęli się wręcz do twierdzenia, że zespół specjalnie nagrał "fałszywe" utwory, by tylko zmylić fanów i piratów. Byłby to z pewnością przekręt godny tego zespołu. Spory wybór takich spekulacji można znaleźć w komentarzach do tego wpisu. Oczywiście gdy nadszedł czas premiery, złudzenia upadły. Okazało się, że nawet Toolowi można zwyczajnie wykraść płytę i przedpremierowo udostępnić ją w Sieci.
Garść komentarzy:
- Płyty wyciekają - na to nic się nie poradzi. Uchronienie nagrań do czasu oficjalnej premiery staje się niezmiernie trudne. Zbyt wiele jest słabych punktów w systemie produkcji i dystrybucji. Słowo premiera oznacza dziś jedynie rozpoczęcie oficjalnej sprzedaży czy prezentacji. Warto ten fakt uwzględnić (i wykorzystać) przy planowaniu strategii marketingowej.
- Płyta Toola i tak znajdzie wielu nabywców. Głównie dlatego, że w tym przypadku samo opakowanie jest małym dziełem sztuki, a fani szanują zespół.
- Fani są bezlitośni, jeśli dostaną towar niezgodny z ich oczekiwaniami. Ludzie, którzy po 5 latach pracy nagrali nową płytę, musieli czuć się dziwnie czytając te wszystkie spekulacje. Czy efekt ich wytężonej, wieloletniej pracy naprawdę wygląda na płytę demo?
- Teorie spiskowe wciąż są atrakcyjne. Jednak tym razem fani przekombinowali (chyba, że za dwa tygodnie będzie premiera edycji dwupłytowej), a zespół chyba nie do końca sprostał własnej legendzie.
Mówiąc ogólnie - rynek medialny się zmienia. Nowe narzędzia rozpowszechniania (p2p) wymuszają nowe formy dystrybucji i marketingu. Duże firmy wcześniej czy później to zauważą - pieniędzy do zgarnięcia z rynku wciąż jest dużo. A my musimy przygotować się na nowe formy manipulowania nami. Słowa fake i hoax mają swoje miejsce w słownikach specjalistów od sprzedaży. Czy będziemy umieli się obronić?
Niedojrzali będą ci, którzy nie dojrzeli
McLuhan przewidywał, że media staną się przedłużeniem naszego układu nerwowego - będziemy mogli odbierać więcej bodźców, szybciej je przetwarzać i przyswajać. Również transhumaniści wychwalają możliwość technologicznego poszerzenia zasięgu naszych zmysłów. Pytanie tylko, co tak właściwie zamierzamy poznawać tymi jakże udoskonalonymi zmysłami.
Wyobraźcie sobie człowieka z nerwami na wierzchu - nadmiernie wrażliwego, wiecznie pobudzonego, zalewanego bodźcami. Możecie sobie wyobrazić, że jest on sympatycznym człowiekiem? Wyobraźcie sobie kobietę karmioną telenowelami i mężczyznę karmionego serwisami informacyjnymi. Czy możecie ich sobie wyobrazić w związku pełnym bliskości, wzajemnego zrozumienia i głębokiej intymności? Wyobraźcie sobie namiętnego gracza, spędzającego całe godziny w wirtualnych światach. Czy widzicie go równie namiętnie rozwijającego swoje ciało?
Naturalnie powyższe obrazki są karykaturalnie przerysowane. Żongluję tu stereotypami, ale tylko dlatego, że pragnę uwyraźnić pewien społeczny trend, który wydaje mi się ważny. Nie jest wielką tajemnicą, że media -- a zwłaszcza tak zwane "nowe media" -- zwodzą. Po cichu, niezauważenie przenoszą nas w hiperrzeczywistość, dość luźno powiązaną z rzeczywistością jako taką. Informacje, które dzięki nim otrzymujemy, rzadko są naprawdę istotne. Jakie znaczenie ma dla mnie śmierć iluś ludzi pod zawalonym dachem? Jakie znaczenie ma dla mnie śmierć dużo większej grupy ludzi na jakimś odległym promie? Dzienniki zarzucają nas tym wszystkim, wmawiając, że to jest ważne. A przecież tu gdzie jestem, w moim codziennym, konkretnym działaniu, informacje te są kompletnie bezużyteczne i nieistotne.
Mówi się, że Japonia jest najbardziej rozwiniętym technologicznie krajem. I jest to kraj, który dziś mierzy się z problemami, z którymi być może my spotkamy się za lat wiele. A milion Japończyków zrezygnowało z nowego wspaniałego świata. Hikikomori zamknięci w swoich pokojach, karmią swoje "rozszerzone" zmysły fikcjami gier komputerowych, komiksów, kreskówek i internetu. I nie potrafią porozumieć się nawet z tymi ludźmi, którzy mieszkają za ścianą. Nocami wymykają się ze swoich jaskiń, by się wypróżnić i napełnić. I wracają do siebie. Prawdziwego świata się boją.
To zapewne skrajne przypadki (ponad milion skrajnych przypadków), ale przecież nie zawsze wygląda to aż tak tragicznie. Japończycy mają Freetersów, Anglicy NEET-ów (Not currently engaged in Employment, Education or Training), Amerykanie -- Twixterów - pod tymi wszystkimi, jakże uroczymi nazwami kryją się ludzie, którzy nie potrafią dojrzeć i wejść w dorosłość. Brak im umiejętności społecznych, brak im wiedzy i zdolności gwarantujących jakąkolwiek życiową "karierę". Finansowo uzależnieni od rodziców, lub partnerów/ek wystarczająco naiwnych, by ich utrzymywać, trwają w swych pasożytniczych związkach. I zabijają czas. A czas zabija ich.
Myślę, że ci ludzie nie są w stanie dojrzeć emocjonalnie i społecznie, bo nie są w stanie dojrzeć emocjonalnej i społecznej rzeczywistości. Wtopili się w media, które miały poszerzyć ich zmysły, a one stały się ekranem oddzielającym od świata. Pamiętajmy, że "medium" jest tym, co stoi pomiędzy. I jeśli medium nie jest doskonale przezroczyste, zasłania to, co kryje się poza nim. Platon oskarżał ciało o przesłanianie nam rzeczywistego świata. Dziś powinniśmy oskarżać media, bo przezroczyste to one z pewnością nie są.
Ostatnio na hiperblogu mogliśmy przeczytać o uzależnieniu od globalnych źródeł informacji. To jest nałóg, który dostrzegamy dopiero wówczas, gdy zostaniemy odcięci. A on narasta i sami z siebie nie przestaniemy się w nim pogrążać. Cała oficjalna, masowa kultura usiłuje nas osadzić w zapośredniczonej medialnie hiperrealności. A przecież świat jest tuż obok. Pod opuszkami naszych palców, przed naszymi oczami, w głębi naszych trzewi. Czasem warto zrezygnować z pośredników -- nie zapominajmy, że każdy z nich bierze sobie procent, a w tym przypadku walutą jest cenny czas naszego trwania.
Narracja intermedialna
Oto fragment tekstu Narracja multimedialna, który już wkrótce będzie dostępny w całości na papierze oraz na mojej stronie domowej.
[...]
III
Zacząć wypada od próby definicji, która ukaże czym jest narracja intemedialna, a czym nie jest. Narracja jest to wypowiedź prezentująca ciąg zdarzeń uszeregowanych w jakimś porządku czasowym i logicznym. Intermedialność pojawia się wówczas, gdy w swej wypowiedzi wykorzystujemy różne media artystyczne -- tekst, obraz, film, itd. Przy tym wszystkie te elementy muszą tworzyć integralną całość, wzajemnie się dopełniać, mieścić się we wspólnym porządku czasowym i logicznym.
Należy zatem odróżnić narrację intermedialną od zbioru opowieści, których akcja toczy się w jednym uniwersum lub spajana jest postacią bohatera. Stworzona przez Boba Kane'a postać Batmana po raz pierwszy pojawiła się w komiksie w 1939 roku. Do dziś powstały już niezliczone opowieści z jego udziałem -- w komiksach, filmach, serialach telewizyjnych czy grach komputerowych. W tym przypadku trudno jednak mówić o jedności czasowej lub porządku logicznym. Narracji intermedialnej nie należy też mylić z adaptacją. Ta sama historia opowiedziana przy użyciu różnych mediów nie zyskuje nowej jakości. Poszczególne wersje nie tworzą razem spójnej, integralnej całości, są zaledwie powtórzeniem tej samej opowieści przy użyciu innych technik.
Intermedialność narracji nie jest też jedynie multimedialnością. Pod tym drugim pojęciem zwykło się rozumieć wykorzystywanie rożnego rodzaju bodźców (zwykle dźwięku i obrazu), zwykle w ramach jednego medium, tyle że multimedialnego -- najczęściej jest to komputer lub inne medium cyfrowe. Opowieść intermedialna właściwie nie jest wyrażana poprzez poszczególne media, lecz raczej konstytuuje się gdzieś pomiędzy nimi. Jest efektem synergetycznego połączenia rozmaitych środków.
Można zatem wskazać pewne kluczowe cechy narracji intermedialnej:
- Jest narracją -- przedstawieniem zdarzeń w porządku logicznym lub czasowym.
- Jest rozproszona -- składa się z wielu niejednorodnych segmentów, które dopełniają się jak puzzle.
- Jest multimedialna -- wykorzystuje wiele mediów, takich jak na przykład film, książka, komiks, gra komputerowa itp.
Narracja intermedialna niejako wykorzystuje znaną ze sztuk wizualnych technikę collage'u w świecie opowieści. Przodków tego typu rozwiązań można szukać w wielu eksperymentach polegających na łączeniu różnych technik literackich. Można tu wskazać choćby surrealistyczne zabawy Maxa Ernsta, czy wykorzystywaną w powieściach Williama S. Burroughsa technikę cut-up. Można wspomnieć także o Ulissesie James Joyce'a, opowiadaniach Jorge Luisa Borgesa, czy anarchistycznych, discordiańskich prowokacjach, takich jak Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona czy Principia Discordia Malaklipsy Młodszego. Więcej tego typu poszukiwań odnaleźć można w kinie, którego kluczowym narzędziem jest montaż, a zatem mieszanie rozmaitych elementów było od początku czymś naturalnym. Zwykle odbywało się to jednak w granicach wyznaczanych przez jedno tylko medium.
Wiele prób wkroczenia w intermedialność można odnaleźć w świecie komiksów. Alan Moore i Dave Gibbons w opublikowanym w latach 1986-1987 komiksie Watchmen zrewolucjonizowali sposób przedstawiania postaci superbohaterów i wprowadzili wiele nowatorskich rozwiązań narracyjnych. Tradycyjna obrazkowa narracja została tam wzbogacona klasycznymi, literackimi środkami: możemy między innymi przeczytać fragmenty autobiografii jednego z bohaterów czy spore wyimki z artykułu naukowego spisanego przez inną postać. Można powiedzieć, że komiks ten, dziś uznawany za klasyka gatunku, wykorzystywał techniki, które w ograniczonym zakresie można nazwać intermedialnymi.
W świecie komiksów dokonano też kilka ważnych eksperymentów związanych z rozproszoną narracją. W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku wydawnictwo DC -- obok Marvela jeden z dwóch największych amerykańskich wydawców komiksów -- opublikowało dwa cykle opowieści o najpopularniejszych postaciach uniwersum DC: Batman stał się bohaterem cyklu Knight Saga, zaś Superman pojawił się opowieści, której kulminacją był zeszyt pt. The Death of Superman. W obu przypadkach mamy do czynienia z większymi historiami, które łączą w sobie wątki z różnych serii wydawniczych (w przypadku Supermana były to m.in. Justice League of America, Superman, The Adventures of Superman, Superman: the Man of Steel). Niezależne dotąd cykle, nagle splotły się w opowieści, której pełne zrozumienie wymagało zapoznania się z wszystkimi cyklami. To tylko dwa głośniejsze przypadki tzw. crossover-ów czyli opowieści, w których krzyżują się różne linie narracji. Efektem ich publikacji była zwykle zwiększona sprzedaż wszystkich serii. Takie "wielkie wydarzenia" (big events) stały się wkrótce stałym elementem komiksowego folkloru.
Dwa powyższe przykłady pokazują nie tylko to, jak kreatywnym medium może być komiks, lecz także dowodzą, że intermedialność nie wzięła się z nikąd, lecz pojawiła się jako jedna z wielu konsekwencji audiowizualności. Dziś twórcy coraz chętniej sięgają po różnorodne środki wyrazu.
Pisarze, których żywiołem do niedawna były słowa spisane na papierze, dziś tworzą scenariusze komiksów i gier komputerowych, a także reżyserują filmy. Granice między mediami coraz łatwiej przekraczać, co w naturalny sposób prowadzi nas do narracji intermedialnych. Trudno przewidzieć jak istotne dla naszej kultury okażą się takie właśnie opowieści. Można jednak przypuszczać, że ich popularność będzie rosła, są one bowiem bardzo atrakcyjne zarówno dla twórcy, jak i dla odbiorcy, a przy tym niezwykle opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia.
Dla twórcy wartość kryje się przede wszystkim w dostępie do nadzwyczajnie szerokiego spektrum środków wyrazu. Nie tylko może on wykorzystać wszelkie techniki charakterystyczne dla poszczególnych mediów -- niejednokrotnie zyskują one przy tym zupełnie nowy wymiar -- ale też otwierają się przed nim nowe, unikalne możliwości. Wolność artystyczna nigdy jeszcze nie była tak ogromna, a i szansa twórczej gry z różnorodnymi konwencjami może się okazać kusząca.
A i dla widza narracja intermedialna jest niezwykle atrakcyjna. Cieszy nie tylko różnorodność bodźców, ale i wysiłek, który trzeba włożyć w dekodowanie dzieła. A przy tym sztuka staje się bardziej egalitarna. Wielopoziomowość i segmentowa struktura dzieła sprawiają, że może ono dotrzeć -- choćby częściowo -- do szerokiego spektrum odbiorców. Na przykładzie Matrixa widać przecież wyraźnie, że nie każdy musi zgromadzić wszystkie klocki. Większość odbiorców zapewne zadowoliła się obejrzeniem filmów. Ci jednak, którym nie zabrakło umiejętności, wiedzy i czasu, mogli wydobyć z dzieła braci Wachowskich znacznie więcej.
Nie można też zignorować czysto ekonomicznych korzyści. Więcej elementów dzieła, to więcej towaru, który można sprzedać. Dla dystrybutorów i producentów jest to przede wszystkim dobry interes. A przecież to właśnie oni finansują twórców. Wszystko to przemawia za tym, że być może powinniśmy zacząć się przyzwyczajać do obecności intermedialnych narracji w naszej kulturze. Dlatego też warto zapytać o konsekwencje ich obecności w naszym otoczeniu oraz zastanowić się nad wymaganiami, jakie przed nami stawiają.
[...]
