blog.sienko.net.pl Myśli przebrane za filozofię, Internet, kulturę i codzienność

7Dec/058

Zemsta gate-keeperów I

Na początku było słowo, i słowo zostało puszczone w eter. Ale kto je autoryzował?

Informacja zawsze była selekcjonowana. Gdy tylko przekaz przekroczył granice zagrody nadawcy, ktoś zaczął decydować, czy dana informacja może być rozpowszechniana. Czasem decydowaly względy polityczne (tylko błaznowi wolno publicznie mówić, że Król jest głupi), czasem merytoryczne (teksty kłamliwe i błędne nie powinny być publikowane), zawsze jednak ktoś podejmował decyzję, i stosownie do niej działał. Oto strażnicy bram do upowszechniania wiedzy. Przybierają różne role: bibliotekarze decydujący o tym, które teksty są dostępne, a które są "w opracowaniu"; średniowieczni skrybowie decydujący o tym, który tekst zostanie przepisany; drukarze decydujący o tym, który tekst wrzucić na maszyny; redaktorzy programowi decydujący o tym, który program znajdzie się na antenie. Mieli sporą władzę i korzystali z niej.

W czasach mediów o stożkowej strukturze hierarchicznej (nadajnik i wiele odbiorników) technologia im sprzyjała. Łatwo było pilnować dostępu do jedynej drukarni czy jedynego nadajnika. Pojawienie się globalnej, rozproszonej sieci komputerowej zmieniło wiele. Struktura upowszechniania informacji również się przekształciła. Każdy mógł publikować, każdy mógł rozpowszechniać, gate-keeperzy stali się "przestarzali" i zbędni. Miała oto nadejść wreszcie wymarzona wolność i demokracja dla świata informacji i wiedzy.

Powszechność przeszła w ilość. Niezliczone źródła informacji stały się błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Różnorodność źródeł i inspiracji okupiona została utratą wiarygodności i kłopotami z odnalezieniem tej jednej, pożądanej informacji. Pozornie pajęczyna jest niewielka. Mimo miliardów stron, odległość między dwiema dowolnymi witrynami pokonać można przy użyciu zadziwiająco niewielu kliknięć (według badań Alberta i innych z 1999 roku było to około 19 kliknięć). Jednak odnalezienie tej właściwej ścieżki nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza jeśli cel podróży znamy tylko w przybliżeniu. Korzystamy więc z technologicznego i ludzkiego wsparcia.

Technologia to przede wszystkim wyszukiwarki, wraz ze swymi sekretnymi algorytmami i niezliczonymi robotami, pająkami i crawlerami, nieustannie przeczesującymi Pajęczynę. Pajączki odwiedzają strony internetowe, gromadzą informacje na temat ich treści, a następnie wędrują dalej po kolejnych linkach. Uzyskane w ten sposób dane są gromadzone w stosownych bazach i udostępniane poprzez interfejs wyszukiwarki. System usiłuje jednak dostarczyć nam jak najbardziej trafne i wartościowe wyniki, selekcjonując zawartość bazy danych na wiele rozmaitych (i zwykle tajnych) sposobów. (O niektórych czynnikach mających wpływ na pozycję strony w wynikach wyszukiwania Googla można przeczytać na stronie midei. Więcej o sekretach Googla na stronie Wszystko o Google.)

Algorytmy, póki co, są tępe. Nawet te najbardziej wyrafinowane można oszukać. I nawet te najbardziej wyrafinowane premiują strony najbardziej popularne, a nie te najlepsze. Strona znajdująca się wysoko w wynikach wyszukiwania, częściej jest znajdowana, odwiedzana i linkowana, a dzięki temu znajduje się wyżej w wynikach wyszukiwania. To swoiste sprzężenie sprawia, że sieć przestaje być jednorodna i zdecentralizowana. W sieci pojawiają się węzły nieproporcjonalnie często odwiedzane. Tę cechę sieci oddaje model "muszki" prezentowany w artykule Brodera i innych z roku 2000. Zgodnie z tym modelem stosunkowo niewielkie centrum sieci pochłania bardzo dużo sieciowego ruchu. Strony centralne powiązane są wyjątkowo gęstą siecią odnośników, co w połączeniu z mechanicznym, wyszukiwarkowym sprzężeniem prowadzi do tego, że ściągają one widzów jak czarna dziura. Gdzieś na obrzeżach znajdują się obszary IN i OUT, które jednokierunkowo linkują do centrum, lub też są z centrum linkowane. Centrum to około 30% Pajęczyny, obszary IN i OUT to jakieś 20% każdy. Korzystając z wyszukiwarek z bardzo dużym prawdopodobieństwem trafimy na stronę z centrum. Na dalszych miejscach mogą znaleźć się strony z pozostałych dwóch obszarów. Reszta -- rubieże zewnętrzne, stanowiące jakieś 30% Pajęczyny -- pozostaje niezwykle trudno dostępna.

Niegdyś mówiło się o tzw. Głębokim Internecie, obszarze niedostępnym dla wyszukiwarek, ze względu na niedoskonałość mechanizmów. Miały to być głównie strony w zamkniętych obszarach Sieci oraz te generowane dynamicznie. Dziś robociki wyszukiwarek coraz lepiej radzą sobie z indeksowaniem treści zamkniętych w bazach danych, dzięki temu "dynamizm" stron przestał być problemem. Nie znaczy to jednak, że ukryty Internet się kurczy. Trafiają tam po prostu strony nisko oceniane przez wyszukiwarki, zalgorytmizowanych gate-keeperów naszych czasów. Tu nie ludzie, lecz algorytmy dokonują selekcji. Nie na wejściu, lecz na bramce dostępowej użytkownika -- efekty pozostają te same. Tak wychwalana decentralizacja rynku treści okazuje się tylko kolejnym sieciowym mitem. W efekcie i tak najłatwiej nam znaleźć treści najbardziej popularne, co nie musi oznaczać, że najlepsze. (Więcej o tym, jak wyszukiwarki przejmują funkcję gate-keeperów można przeczytać w artykule Wyszukiwarki i ich rola w kształtowaniu Internetu (pdf) Justyny Hofmokl i Alka Tarkowskiego.)

Tabloidyzacja rozmaitych obszarów sieci jest naturalną konsekwencją działania takich mechanizmów. Niejako jesteśmy na nią skazani. Bo podobnie sytuacja wygląda wówczas, gdy w poszukiwaniach wspierają nas ludzie, a nie maszyny. Ale o tym w następnym odcinku.

3Dec/050

Wszystko zostanie zapamiętane

Mały drobiazg (za stroną Electronic Frontier Foundation), który powinni przeczytać wszyscy, którzy uważają, że sieci społeczne to doskonały pomysł. Artykulik Mary Joy Kramer, Forfeiting privacy, one post at a time.

Warto pamiętać, że wszystko co publikujemy w Sieci, zostanie w niej na długo...

Tagged as: , No Comments
24Nov/055

Po co nam blogi (mamy przecież telewizję)?

Blogi cieszą się rosnącym zainteresowaniem. Warto zapytać: dlaczego? Jakąż to ludzką potrzebę zaspokaja blogowanie? Dlaczego tak wielu ludzi upublicznia swoje zapiski rozmaite? Dlaczego tak chętnie rozwiązują rozmaite testy i psychozabawy, których wyniki umieszczają na swoich stronach? Dlaczego tak wielką popularnością cieszą się serwisy typu Technorati?

Jednej z odpowiedzi udzielić można odwolując się do jednej z klasycznych tradycji wspólnotowych -- greckiego Polis. Hannah Arendt w swej pięknej książce Kondycja ludzka tak oto charakteryzowała polis:

Polis we właściwym tego słowa znaczeniu to nie miasto-państwo w swym fizycznym umiejscowieniu; jest ona organizacją ludzi, ponieważ powstaje w wyniku działania i mówienia razem z innymi i jej prawdziwa przestrzeń rozciąga się pomiędzy ludźmi w tym celu żyjącymi razem, gdziekolwiek by się znaleźli. "Dokądkolwiek pójdziesz, będzie polis -- te słynne słowa nie były tylko hasłem greckiej kolonizacji, ale wyrażały przekonanie, iż działanie i mowa kreują przestrzeń między uczestnikami przedsięwzięcia, którzy mogą znaleźć swe właściwe miejsce niemal gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jest to przestrzeń pojawiania się w najszerszynm sensie tego słowa, mianowicie przestrzeń, gdzie pojawiam się innym, jak inni pojawiają się mnie, gdzie ludzie istnieją nie po prostu tak, jak inne rzeczy żywe lub nieożywione, ale wyraźnie doprowadzają do swego pojawienia się.
[H. Arendt, Kondycja ludzka, przeł. Anna Łagodzka, Fundacja Aletheia, Warszawa 2000, s. 217-218.]

Właśnie pojawianie się jest tą kategorią, którą trzeba tu podkreślić. Blogi pozwalają pojawiać się tak, jak pozwalały na to wspólnoty typu polis. Współczesne miasta na to nie pozwalają -- są zbyt anonimowe. A sfera polityczna, tak niezwykle ważna dla starożnytnych, kompletnie zagubiła swoją funkcję. Dziś polityka kojarzy się przede wszystkim z brudem, a nie z współżyciem wolnych obywateli.

Tymczasem blogosfera oferuje to wszystko, co zapewniała polis. Daje przestrzeń, w której można się pojawić. Daje ludzi, którzy nas zobaczą. Daje pamięć naszych słów i czynów. Blogosfera jest jednym z najlepszych surogatów przestrzeni politycznej, jaki nam pozostał. Daje także złudzenie wolności i niezależności, będące dla starożytnych koniecznym, choć nie wystarczającym, warunkiem pojawiania się.

Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do polis, tutaj można pojawiać się tylko za pośrednictwem słów, a nie za pośrednictwem czynów. Blogosfera wciąż pozostaje ledwie surogatem. Być może jednak zmieni się to w przyszłości. Wiele jeszcze przed nami.