Cztery róże dla Julii Marcell
Pierwszy raz usłyszałem o Julii Marcell dwa lata temu, gdy sprawa jej kariery z sellaband po raz pierwszy przetoczyła się po blogosferze. Wtedy jeszcze zbierała pieniądze na wydanie swojej płyty, a buzz pełen zachwytów i porównań do Tori Amos rozkwitał na całego. Posłuchałem, nie zachwyciłem się, a moją uwagę przykuł raczej sam serwis.
Sellaband to miejsce, w którym spotykają się twórcy z odbiorcami, a producenci zaglądają zza rogu ciekawie. Każdy może umieścić tam swoje utwory i liczyć na zainteresowanie internautów. Każdy słuchacz może ocenić, i jeśli spodoba mu się to co widzi i słyszy -- zainwestować w taki projekt. Sellaband sprzedaje udziały. Za 10 dolarów zyskuje się jeden udział i prawo do specjalnej edycji płyty, jeśli takowa zostanie wydana. Po zakupie tysiąca udziałów można nawet czasem uczestniczyć w nagrywaniu, w roli obserwatora czy chórku. A płyty są nagrywane, bowiem w chwili gdy artysta uzbiera 50000 dolarów, sellaband organizuje studio, producenta, a twórca może nagrać swoją płytę na swoich własnych zasadach.
Jamendo – bo twórczość chce być wolna
Tyle się mówi o wolnej kulturze, swobodnych licencjach i artystach, którzy tak bardzo pragną zostać odnalezieni i dostrzeżeni, że gotowi są oddać swą twórczość za darmo. W praktyce jednak nadal sprowadza się to głównie do nielegalnego ściągania z sieci p2p dzieł "zamkniętych", gromkiego narzekania na RIAA, MPAA, ZAIKS i tym podobne organizacje oraz nieustannego mylenia "wolnego" z "darmowym".
Nadal zwalcza się technologie p2p jako służące do popełniania przestępstwa. Wytacza się kolejne procesy, zwalcza kolejne sieci i programy. Jest pretekst, bo wciąż służą one do nielegalnego ściągania muzyki, filmów, książek itp. Niewielu zwraca uwagi na wielkie zalety p2p, takie jak choćby rozproszenie obciążenia sieci. Bo przecież p2p to ostoja przestępców.
Nadal o darmowym rozdawaniu twórczości mówią i piszą przede wszystkim konsumenci, a nie twórcy. Konsumenci, którzy uważają, że im się po prostu należy. Konsumenci, którzy usprawiedliwiają to, że sciągają tym, że przecież także udostępniają -- nic to, że cudzą twórczość. Dlatego stowarzyszenia zarządzające prawami autorskimi będą zawsze mogły krzyczeć, że twórcy pragną ochrony prawnej.
ONI po prostu mają rację.
I właśnie dlatego kibicuję takim projektom jak Jamendo. Serwis uruchomiony przez czworo Francuzów udostępnia muzykę. Wolną i darmową muzykę, publikowaną przez twórców na wolnych licencjach, takich jak Creative Commons czy Licence Art Libre. Obecnie 784GB muzyki można przesłuchać na stronie lub też ściągnąć na dysk za pośrednictwem oprogramowania typu BitTorrent czy eMule. Wszystko dostępne w formatach mp3 i ogg. Oddane przez twórców prosto w ręce odbiorców, którzy mogą odwdzięczyć się na kilka prostych sposobów -- mogą przelać skromną sumkę prosto na konto wybranego twórcy, zrecenzować jego twórczość, promować go na swoim blogu. Wszystko według chęci i możliwości.
Naturalnie nie znajdziemy tam wielkich przebojów wielkich gwiazd. Ale można odkryć trochę ciekawej muzyki z całego świata, także z Polski (choć jeszcze niewiele). Wszystko w oparach Web2.0 -- z rosnącą społecznością, chmurkami tagów i całym tym zgiełkiem. No i od miesiąca także po polsku.
Zajrzyjcie, zobaczcie jak urzeczywistniają się piękne idee i wspierajcie. Ściągnijcie trochę tej muzyki i ją właśnie udostępniajcie w swoich programach p2p. Niech wielkie firmy wreszcie zrozumieją, że świat się zmienił i to one musza się dostosować.
Fake Tool Hoax
Jak niektórzy pewnie wiedzą, odbyła się właśnie światowa premiera nowego albumu przezacnej grupy Tool. Płyta to bardzo oczekiwana, po ponad pięcioletniej przerwie, ale nie o niej będę tu pisał (zanim odważę się na ocenę, muszę się jeszcze osłuchać). Chcę za to zwrócić uwagę na kilka ciekawych zjawisk towarzyszących. Jak to ostatnimi czasy bywa, na dobre dwa tygodnie przed premierą, cały album można już było znaleźć w Sieci. To zaś sprowokowało interesującą falę fałszerstw i przekrętów.
Do fałszywek w sieciach p2p wszyscy są już przyzwyczajeni. Po każdej premierze wywołującej duże zainteresowanie, w sieci roi się od plików podszywających się pod przeboje. I zamiast kolejnego odcinka Harrego Pottera można ściągnąć film zgoła innej natury, z zupełnie innymi czarodziejkami (ale czasem też w okularach). Naturalnie podobnie było z najnowszą płytą Toola. Zamiast niej można było zdobyć albumy rozmaitych, mniej lub bardziej znanych zespołów. Mnie jednak najbardziej ucieszył ciekawy przypadek nowatorskiej autopromocji. W jednym z archiwów udających 10000 Days, można było znaleźć nagrania jakiegoś amatorskiego zespołu. Do plików dołączony był rozczulający liścik z przeprosinami i zachętą do przesłuchania tych utworów. Oto przykład sprawnego wykorzystania mechanizmów sieciowego marketingu. Z łatwością można sobie wyobrazić rzesze ludzi, którzy ściągnęli płytę nikomu nie znanego zespołu. Nawet jeśli ich muzyki posłucha jeden ściągający na dziesięciu, to i tak dotarli do sporego, doskonale wyprofilowanego "targetu".
Sytuację dodatkowo ubarwiał fakt, że zespół Tool znany jest z podpuszczania fanów na wiele rozmaitych sposobów. Przy okazji poprzednich premier zdarzało im się na przykład wypuszczać fałszywe okładki czy listy utworów, co miało zmylić potencjalnych piratów. Fani spodziewali się czegoś podobnego i tym razem. Zatem kiedy tylko gruchnęła wieść o wycieku nowej płyty, natychmiast pojawiły się teorie zgodnie z którą wyciek był kontrolowany, a płyta to tylko zmyłka. Można było natknąć się na kilka wariantów tej opowieści. Czasem dowodzono, że udostępniana w sieciach p2p płyta to tylko wersja demo. Innym razem sugerowano, że to tylko drugi dysk szykowanej edycji dwupłytowej, której premiera odbędzie się dwa tygodnie po premierze oficjalnej. Niektórzy posunęli się wręcz do twierdzenia, że zespół specjalnie nagrał "fałszywe" utwory, by tylko zmylić fanów i piratów. Byłby to z pewnością przekręt godny tego zespołu. Spory wybór takich spekulacji można znaleźć w komentarzach do tego wpisu. Oczywiście gdy nadszedł czas premiery, złudzenia upadły. Okazało się, że nawet Toolowi można zwyczajnie wykraść płytę i przedpremierowo udostępnić ją w Sieci.
Garść komentarzy:
- Płyty wyciekają - na to nic się nie poradzi. Uchronienie nagrań do czasu oficjalnej premiery staje się niezmiernie trudne. Zbyt wiele jest słabych punktów w systemie produkcji i dystrybucji. Słowo premiera oznacza dziś jedynie rozpoczęcie oficjalnej sprzedaży czy prezentacji. Warto ten fakt uwzględnić (i wykorzystać) przy planowaniu strategii marketingowej.
- Płyta Toola i tak znajdzie wielu nabywców. Głównie dlatego, że w tym przypadku samo opakowanie jest małym dziełem sztuki, a fani szanują zespół.
- Fani są bezlitośni, jeśli dostaną towar niezgodny z ich oczekiwaniami. Ludzie, którzy po 5 latach pracy nagrali nową płytę, musieli czuć się dziwnie czytając te wszystkie spekulacje. Czy efekt ich wytężonej, wieloletniej pracy naprawdę wygląda na płytę demo?
- Teorie spiskowe wciąż są atrakcyjne. Jednak tym razem fani przekombinowali (chyba, że za dwa tygodnie będzie premiera edycji dwupłytowej), a zespół chyba nie do końca sprostał własnej legendzie.
Mówiąc ogólnie - rynek medialny się zmienia. Nowe narzędzia rozpowszechniania (p2p) wymuszają nowe formy dystrybucji i marketingu. Duże firmy wcześniej czy później to zauważą - pieniędzy do zgarnięcia z rynku wciąż jest dużo. A my musimy przygotować się na nowe formy manipulowania nami. Słowa fake i hoax mają swoje miejsce w słownikach specjalistów od sprzedaży. Czy będziemy umieli się obronić?
Yasmin Levy – La Juderia
Dawno, dawno temu, w 1492 roku hiszpańscy Ĺťydzi musieli opuścić swój kraj. Zabrali ze sobą swój język - dziś nazywany Ladino. Poddany wielu zewnętrznym wpływom dialekt przetrwał do naszych czasów. Podobno wciąż jest zrozumiały dla władających hiszpańskim, choć wpływy hebrajskie czy tureckie pozostawiły swój ślad. Ale coraz mniej jest ludzi aktywnie go wykorzystujących - ladino przetrwało kilkaset lat, lecz już umiera.
Podobną walkę o przetrwanie toczy kultura budowana w tym języku. Zachowały się średniowieczne pieśni, przez stulecia poddawane orientalnym wpływom. Zachowały coś z hiszpańskiego żywiołu, nasiąkając zarazem bliskowschodnimi brzmieniami. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju - sefardyjskie pieśni mają niesamowity urok. I tak oto dochodzimy do bohaterki dzisiejszego wpisu, czyli jednego z moich najnowszych odkryć.
Yasmin Levy odziedziczyła po ojcu fascynację kulturą judeo-hiszpańską. Od dziecka posługiwała się ladino i śpiewała sefardyjskie pieśni. W 2000 roku wydała płytę Romance & Yasmin z wyborem ballad i lirycznych pieśni. Wyśpiewane w ladino, przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, zauroczyły Europę. W w 2005 roku ukazała się kolejna płyta - La Juderia - i ta z kolei zauroczyła mnie (poprzedniej jeszcze nie udało mi się zdobyć, ale to z pewnością kwestia czasu).
La Juderia jest płytą na której Ladino spotyka się z Flamenco. Gdy te dwie tradycje zbliżyły się - naprawdę poszły iskry. Cała płyta jest po prostu cudowna. Głos Yasmin jest przepiękny - melodyjny i rzewny, ale gdy trzeba niezwykle potężny. Jej śpiew jest bardzo emocjonalny i pociąga za wszystkie właściwe sznureczki mojej duszy. Czasem jest tak pełen żalu i smutku, że aż rozdziera - choćby w otwierającym płytę Naci el Alamo (Vengo). Innym razem wydaje się być przepełniony gniewiem, by po chwili znów koić (La serena). Nie jest to przy tym uładzony śpiew europejskich spadkobierców tradycji bel canto - bliżej tu do archaicznych tradycji, białych głosów i nosowych wibracji. Wszystko wydaje się bardzo głębokie, wydarte z wnętrzności, szczere. Nie rozumiem ani jednego śpiewanego przez nią słowa, a i tak jej wierzę.
Bardzo polecam tę płytę wszystkim wielbicielom kobiecych głosów, orientalnych wpływów, hiszpańskich rytmow i emocjonalnej muzyki. Mnie zachwyciła.
Lhasa – La Llorona
Tytułem wstępu -- mam wyraźną słabość na punkcie kobiecych głosów. Jest to zwykle druga rzecz, na którą zwracam uwagę w rozmowie z kobietą. ;) I przekłada się to naturalnie na muzykę -- śpiewające kobiety potrafią przykuć mnie do głośników na długo. Od kilku dni cieszę się nowym odkryciem.
Lhasa ma głos wspaniały. Głęboki, zmysłowy, taki od którego uda drżą. La Llorona to jej pierwsza płyta, podobno inspirowana motywem syreny (czy raczej ich azteckiego odpowiednika). Płyta jest na rynku od 1998 roku -- stwierdzam to z wielkim żalem, bo sam odkryłem ją dopiero teraz.
Klimatycznie płyta przechodzi łagodnie od nostalgicznych, smutnych pieśni, do drapieżnych utworów, z duchem tanga w tle. Ma bardzo "hiszpańskie" brzmienie -- dużo tu perfekcyjnych, akustycznych gitar, bas cudnie pulsuje w tle, wspomagany mnóstwem subtelnych dodatków. Dźwiękowo jest to płyta stworzona do odkrywania.
Ale głos, głos i tak dominuje nad wszystkim. Jest w nim tak wiele emocji, pasji, ognia. Jeśli napotkałbym syrenę, która uderzyłaby mnie takim Desdenosa albo El Arbol Del Olivido -- nie wiem, czy zdołałbym się oprzeć. Ten głos chwilami koi, chwilami porywa, ale raz pochwyconej uwagi nie wypuszcza.
Bardzo polecam.
