Zemsta gate-keeperów I
Na początku było słowo, i słowo zostało puszczone w eter. Ale kto je autoryzował?
Informacja zawsze była selekcjonowana. Gdy tylko przekaz przekroczył granice zagrody nadawcy, ktoś zaczął decydować, czy dana informacja może być rozpowszechniana. Czasem decydowaly względy polityczne (tylko błaznowi wolno publicznie mówić, że Król jest głupi), czasem merytoryczne (teksty kłamliwe i błędne nie powinny być publikowane), zawsze jednak ktoś podejmował decyzję, i stosownie do niej działał. Oto strażnicy bram do upowszechniania wiedzy. Przybierają różne role: bibliotekarze decydujący o tym, które teksty są dostępne, a które są "w opracowaniu"; średniowieczni skrybowie decydujący o tym, który tekst zostanie przepisany; drukarze decydujący o tym, który tekst wrzucić na maszyny; redaktorzy programowi decydujący o tym, który program znajdzie się na antenie. Mieli sporą władzę i korzystali z niej.
W czasach mediów o stożkowej strukturze hierarchicznej (nadajnik i wiele odbiorników) technologia im sprzyjała. Łatwo było pilnować dostępu do jedynej drukarni czy jedynego nadajnika. Pojawienie się globalnej, rozproszonej sieci komputerowej zmieniło wiele. Struktura upowszechniania informacji również się przekształciła. Każdy mógł publikować, każdy mógł rozpowszechniać, gate-keeperzy stali się "przestarzali" i zbędni. Miała oto nadejść wreszcie wymarzona wolność i demokracja dla świata informacji i wiedzy.
Powszechność przeszła w ilość. Niezliczone źródła informacji stały się błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Różnorodność źródeł i inspiracji okupiona została utratą wiarygodności i kłopotami z odnalezieniem tej jednej, pożądanej informacji. Pozornie pajęczyna jest niewielka. Mimo miliardów stron, odległość między dwiema dowolnymi witrynami pokonać można przy użyciu zadziwiająco niewielu kliknięć (według badań Alberta i innych z 1999 roku było to około 19 kliknięć). Jednak odnalezienie tej właściwej ścieżki nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza jeśli cel podróży znamy tylko w przybliżeniu. Korzystamy więc z technologicznego i ludzkiego wsparcia.
Technologia to przede wszystkim wyszukiwarki, wraz ze swymi sekretnymi algorytmami i niezliczonymi robotami, pająkami i crawlerami, nieustannie przeczesującymi Pajęczynę. Pajączki odwiedzają strony internetowe, gromadzą informacje na temat ich treści, a następnie wędrują dalej po kolejnych linkach. Uzyskane w ten sposób dane są gromadzone w stosownych bazach i udostępniane poprzez interfejs wyszukiwarki. System usiłuje jednak dostarczyć nam jak najbardziej trafne i wartościowe wyniki, selekcjonując zawartość bazy danych na wiele rozmaitych (i zwykle tajnych) sposobów. (O niektórych czynnikach mających wpływ na pozycję strony w wynikach wyszukiwania Googla można przeczytać na stronie midei. Więcej o sekretach Googla na stronie Wszystko o Google.)
Algorytmy, póki co, są tępe. Nawet te najbardziej wyrafinowane można oszukać. I nawet te najbardziej wyrafinowane premiują strony najbardziej popularne, a nie te najlepsze. Strona znajdująca się wysoko w wynikach wyszukiwania, częściej jest znajdowana, odwiedzana i linkowana, a dzięki temu znajduje się wyżej w wynikach wyszukiwania. To swoiste sprzężenie sprawia, że sieć przestaje być jednorodna i zdecentralizowana. W sieci pojawiają się węzły nieproporcjonalnie często odwiedzane. Tę cechę sieci oddaje model "muszki" prezentowany w artykule Brodera i innych z roku 2000. Zgodnie z tym modelem stosunkowo niewielkie centrum sieci pochłania bardzo dużo sieciowego ruchu. Strony centralne powiązane są wyjątkowo gęstą siecią odnośników, co w połączeniu z mechanicznym, wyszukiwarkowym sprzężeniem prowadzi do tego, że ściągają one widzów jak czarna dziura. Gdzieś na obrzeżach znajdują się obszary IN i OUT, które jednokierunkowo linkują do centrum, lub też są z centrum linkowane. Centrum to około 30% Pajęczyny, obszary IN i OUT to jakieś 20% każdy. Korzystając z wyszukiwarek z bardzo dużym prawdopodobieństwem trafimy na stronę z centrum. Na dalszych miejscach mogą znaleźć się strony z pozostałych dwóch obszarów. Reszta -- rubieże zewnętrzne, stanowiące jakieś 30% Pajęczyny -- pozostaje niezwykle trudno dostępna.
Niegdyś mówiło się o tzw. Głębokim Internecie, obszarze niedostępnym dla wyszukiwarek, ze względu na niedoskonałość mechanizmów. Miały to być głównie strony w zamkniętych obszarach Sieci oraz te generowane dynamicznie. Dziś robociki wyszukiwarek coraz lepiej radzą sobie z indeksowaniem treści zamkniętych w bazach danych, dzięki temu "dynamizm" stron przestał być problemem. Nie znaczy to jednak, że ukryty Internet się kurczy. Trafiają tam po prostu strony nisko oceniane przez wyszukiwarki, zalgorytmizowanych gate-keeperów naszych czasów. Tu nie ludzie, lecz algorytmy dokonują selekcji. Nie na wejściu, lecz na bramce dostępowej użytkownika -- efekty pozostają te same. Tak wychwalana decentralizacja rynku treści okazuje się tylko kolejnym sieciowym mitem. W efekcie i tak najłatwiej nam znaleźć treści najbardziej popularne, co nie musi oznaczać, że najlepsze. (Więcej o tym, jak wyszukiwarki przejmują funkcję gate-keeperów można przeczytać w artykule Wyszukiwarki i ich rola w kształtowaniu Internetu (pdf) Justyny Hofmokl i Alka Tarkowskiego.)
Tabloidyzacja rozmaitych obszarów sieci jest naturalną konsekwencją działania takich mechanizmów. Niejako jesteśmy na nią skazani. Bo podobnie sytuacja wygląda wówczas, gdy w poszukiwaniach wspierają nas ludzie, a nie maszyny. Ale o tym w następnym odcinku.
